wtorek, 31 grudnia 2013

Żegnaj roku 2013! Witaj 2014! - Podsumowanie

Koniec 2013 roku nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Czy był to dobrze wykorzystany czas? Czy zrobiliśmy coś, co było dla nas bardzo ważne? Czy zmienił on coś w naszym życiu?

Nadszedł czas na podsumowania, które bardzo lubię. Lubię patrzeć na to co było, liczyć zyski i straty, planować zajęcia na kolejny rok. Co z tego, że nie zawsze się one spełniają? Zawsze warto mieć jakiś plan w zanadrzu.

Pod koniec 2012 roku pisałam na blogu o swoich planach na 2013 rok. Chciałam zapoznać się z książkami Jane Austen, sióstr Bronte, C.S. Lewis'a, Agathy Christie, przeczytać o przygodach Sherlocka Holmes'a, pogłębiać swoją znajomość Jeżycjady, zaznajomić się z takimi powieściami jak „Rok 1984”, „Miasto Śniących Książek”, „Portret Doriana Graya”. Niektórych z tych planów udało mi się zrealizować, innych nie. Niestety jeżeli chodzi o książkową stronę mojego życia, ten mijający rok nie był zbyt dobry. Cieszę się natomiast z tego, że choć trochę udało mi się zrealizować swoje postanowienia.

Jestem zadowolona z początku roku, kiedy to czytałam sporo książek. Potem było trochę gorzej, ale nadal znośnie. Przełom nastąpił w sierpniu. Wtedy przeczytałam zaledwie dwie książki, podobnie jak we wrześniu. W tym czasie wpadłam w stan, w którym książki zeszły na dalszy plan. Na szczęście potem szybko się poprawiłam i listopad był dosyć pomyślny jeżeli chodzi o lektury. Rozkład poszczególnych książek na miesiące najlepiej widać na tej liście.

Hearteando | via Tumblr
weheartit.com
W 2013 roku przeczytałam prawie połowę Jeżycjady, z którą wcześniej nie miałam styczności. Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, ponieważ jest to bardzo, bardzo dobra seria! Od razu podbiła moje serce. Zaczęłam również poznawać twórczość Tolkiena, przeczytałam dwie pierwsze części „Władcy Pierścieni”, trzecią mam zamiar poznać już w Nowym Roku. Przeczytałam również całkiem sporo książek, które wyszły spod pióra sióstr Bronte. Do tego, aby znać ich całą twórczość brakuje mi już tylko „Lokatorki z Wildfell Hall”. Zapoznałam się zShirley”, „Villette” i „Agnes Grey”. Wielkim odkryciem były książki Johna Greena. Oczarował mnie on powieścią „Gwiazd naszych wina”, dotąd pamiętam jak bardzo się wzruszyłam czytając tę książkę. Podobnie było z „Papierowymi miastami”. Teraz, aby posiadać wszystkie książki tego autora brakuje mi już tylko „Szukając Alaski” - mam nadzieję, że zdobędę ją w 2014 roku. Zapoznałam się również z książkami C.S. Lewis'a - „Zaskoczony radością” oraz „Koniec człowieczeństwa”. Bardzo mi się podobały te lektury, jeżeli chodzi o Lewis'a trudno, żeby było inaczej. Pod koniec roku zapoznałam się również z polskimi klasykami - „Panem Tadeuszem” oraz „Balladyną”. Mimo, że było to moje lektury szkolne, bardzo mi się one spodobały.
Perełkami tego roku okazały się być również takie książka jak:„Rok 1984” George'a Orwell'a , "Ruth" Elizabeth Gaskell oraz„Filip” Leopolda Tyrmanda.

Niestety spotkałam się również z niemałym rozczarowaniem. Przeczytałampo jendyj skiążce Katarzyny Michalak i Beaty Pawlikowskiej, które niestety zupełnie mi się nie spodobały. Zraziłam się do tych autorek i jak na razie nie mam zamiaru sięgać po ich kolejne książki.
Bardzo się cieszę z tego, że miałam możliwość pojawienia się na Targach Książki w Warszawie, a także  spotkania się z blogerkami - Mery i Owocową. Bardzo miło wspominam to wydarzenie, mam nadzieję, że na kolejnej edycji Targów również będę mogła się pojawić.
Uczestniczyłam również w spotkaniu lubelskich blogerów w  Lublinie. Bardzo przyjemnie mi się rozmawiało z dziewczynami. Świetnie by było jakby i w Nowym Roku można było powtórzyć to spotkanie.
2014 will be mine | via Facebook
weheartit.com

Uważam również, że zrobiłam znaczne postępy w poznawaniu nowych filmów i seriali. Od początku roku szkolnego w kinie byłam tyle razy, ile normalnie zdarzało mi się pójść przez trzy lata! Oglądałam też mnóstwo filmów w domu, ale jednak to seriale podbiły moje serce. Wciągnęłam się w Downton Abbey, Elementary, Pretty Lillte Liars. Obejrzałam również Lekarzy, Przepis na życie oraz Prawo Agaty - polskie seriale, które zawsze omijałam szerokim łukiem.

Nie chciałabym już dłużej przynudzać, więc szybko tylko podsumuję to co napisałam.:


To był bardzo udany rok! 

Może nie do końca był taki, jakim go sobie wyobrażałam, ale jednak był udany. Dużo się działo, dużo się pozmieniało. Wydaje mi się jednak, że na lepsze. 

Życzę Wam udanej zabawy sylwestrowej, 2014 roku pełnego inspiracji, sił do pracy, wytrwałości, ale także wiele miłości, radości i uśmiechów. Mnóstwa uśmiechów!

niedziela, 29 grudnia 2013

Najlepsza? („Villette” Charlotte Brontë)


Miłością do prozy sióstr Brontë pałam od chwili, gdy zapoznałam się z „Jane Eyre”, która była moją pierwszą powieścią tych znakomitych pisarek na mojej półce. Oczarowała mnie ta książka, uwiodła swoim przecudnym językiem i wspaniałą historią, którą w sobie zawiera. Z każdą kolejną powieścią, moje uwielbienie sióstr tylko się pogłębiało. Ich utwory, mimo że w różnym stopniu, dzięki różnym czynnikom, spodobały mi się. Kiedy tylko ukazała się w Polsce „Villette” w tak pięknym wydaniu bardzo się ucieszyłam. Opisywana jest ona bowiem jako najlepsza książka Charlotte Brontë. Czy naprawdę tak jest?

„Villette” przedstawia losy samotnej Lucy Snowne, która straciwszy wszystko: dom, rodzinę, majątek, postanawia wyruszyć w desperacką podróż do Francji. Tam dzięki szczęśliwemu biegu wydarzeń trafia do miasta Villette i zostaje zatrudniona na pensji dla dziewcząt przez Madame Beck. Od tego momentu staje się nauczycielką angielskiego. Lucy nie oczekuje od losu niezwykłych przeżyć i ekscytacji. Pragnie tylko wieść spokojny żywot. Okazuje się, że nie będzie jej to dane. Zostaje mimowolnie wplątana w tajemnicze zdarzenia, a jej serce zaczyna się powoli otwierać.

Uwielbiam prozę Charlotte dzięki temu, że z tak wielką dokładnością przedstawia ona swoich bohaterów. Każda postać stanowi zagadkę, którą z kolejnymi stronami powieści Czytelnik powoli odkrywa. Bardzo lubię przyglądać się sylwetkom tym niezwykłym bohaterom i analizować ich zachowanie, myśleć o tym, jakie życie wiedli. Choć Lucy nie przypadła mi do gustu, tak jak chociażby Jane z innej powieści Charlotte, to z wielką przyjemnością przyjrzałam się jej nietypowej osobowości. Za to właśnie w szczególności bardzo lubię powieści Charlotte, za tych wszystkich cudownych bohaterów.

Wspomniałam, że nie przepadam za Lucy. Jej postać ma w sobie cechy, które mnie od niej odpychały. Mimo to z ochotą zapoznawałam się z jej losami, gdyż miała wspaniały zmysł obserwacji. Nie skupiała uwagi na sobie, lecz opisywała swoich przyjaciół, pracodawczynię, uczennice i innych ludzi napotkanych na drodze życia. Charlotte dała jej w podarku świetną umiejętność, którą wykorzystała po to, aby przedstawić Czytelnikowi ludzi, których postanowiła umieścić w swojej książce. Nie poczułam sympatii do głównej bohaterki, a jednocześnie narratorki (chociaż nie było aż tak źle, zdarzały się bardziej irytujące istoty, którym została powierzona ta funkcja), natomiast polubiłam jej przyjaciół. Doktor John to w moich oczach miły, uczciwy bohater, spieszący z pomocą chorym i potrzebującym, zabawie przekomarzający się z matką, który jest podporą dla Lucy. Jest postacią, którą chciałoby się kiedyś spotkać, gdyż niewielu ludzi jest takich jak on. I choć to ten bohater najbardziej urzekł mnie swoją osobowością, tak naprawdę każda z postaci Charlotte Bronte zasługuje na uwagę.

Jednak to nie tylko bohaterowie sprawiają, że z wielką chęcią sięgam po książki sióstr Bronte. Przede wszystkim bardzo lubię język jakim się one posługują, to jak wyrażają uczucia bohaterów, opisują przyrodę, ludzi, budynki. W „Villette” szczególnie spodobały mi się opisy przeżyć Lucy, ale także miasta, w którym miała ona zamieszkać. Dzięki temu można lepiej poznać to francuskie miasto w XIX wieku. Skoro już wspomniałam o tym XIX wieku... Książki sióstr Brontë są idealne do tego by zobaczyć jak wyglądało życie ponad wiek temu. Dzięki nim można przeżyć niezwykłą podróż do przeszłości. Tym razem Charlotte Brontë zabierze swoich Czytelników nie tylko do Anglii, ale również Francji.

Powieść „Villette” jest naprawdę dobrą lekturą, z którą można miło spędzić czas. Do cienkich książek ona nie należy, ale to dlatego, że wszystko jest tu opisane z niezwykłą precyzją. Charlotte napisała książkę, która zaskakuje, zwłaszcza na samym końcu. Zakończenie dosłownie wgniotło mnie w fotel. Mimo, że mówi się, że „Villette” to najlepsza powieść Charlotte to nie mogę się z tym
zgodzić. Dla mnie numerem jeden jest i chyba już zawsze będzie „Jane Eyre”. Warto się zapoznać z „Villette”. Nawet bardzo wymagający Czytelnik znajdzie w tej powieści coś, co mu się spodoba.

Villette” Charlotte Brontë, wyd. MG 2013, str. 656

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu MG!

piątek, 27 grudnia 2013

Stos grudniowo – świąteczny

Witajcie!

Święta już za nami. Wszyscy z pewnością są bardzo najedzeni i uśmiechnięci. Znaleźliście ciekawe prezenty pod choinką? 

Wydaje mi się, że atmosfera Świąt nadal się wszystkim udziela, postanowiłam więc zaprezentować Wam mój stosik. Taki piękny widok sprawi, że każdemu książkoholikowi od razu pojawi się uśmiech na ustach. A już w szczególności na pewno mi.


Na początku zacnego stosu widać książkę „Lekcje Madame Chic”, o której tekst ostatnio pojawił się na blogu. Przeczytałam tę opowieść z wielką przyjemnością. Dowiedziałam się z niej paru ciekawych faktów o Paryżu oraz o jego mieszkańcach. Następnie mamy równie interesującą lekturę, czyli Koniec człowieczeństwa” autorstwa wspaniałego Lewisa. Jest to książka, która wymagała ode mnie większego skupienia. Aby zrozumieć jej sens często musiałam się zatrzymywać, robić przerwy by dokładnie wyczytać sens przeczytanych słów. Nie żałuję czasu, który poświęciłam na tę niepozorną książeczkę, ponieważ jest to naprawdę wartościowa lektura. Niżej znajduje się „Pulpecja”, czyli kolejna książka Małgorzaty 
Musierowicz, do kolekcji. Książkę tę znalazłam wśród świątecznych podarków pod choinką. Bardzo się ucieszyłam z tej książki, ponieważ coraz mniej dzieli mnie do tego by być szczęśliwą posiadaczką całej Jeżycjady! Następnie widać książki, które udało mi się upolować już jakiś czas temu w bibliotece, a dopiero teraz będę mogła w końcu zacząć je czytać. Są to „Wypominki”, „Officium secretum. Pies pański” oraz „ Emilka dorasta”. Bardzo się cieszę z każdej z tych książek, niedługo może podzielę się z Wami moją opinią o nich. Niżej znajduje się „Villette”, które wczoraj skończyłam czytać. Niedługo pojawi się tekst o tej książce na Czekoladowej Przystani. Na razie mogę Wam tylko zdradzić, że powieść jest cudowna (nie mogłoby być inaczej, w końcu napisała ją Charlotte Bronte), a jej zakończenie dosłownie mnie zamurowało. Za dole stosu widać trzy książki, „Ucieczkę znad rozlewiska”„Jeśli zostanę” oraz „Złodziejkę książek”, które otrzymałam od rodziców w ramach przedświątecznych prezentów.

Z każdej z tych książek niezmiernie się cieszę. Dobrze, że zostało mi jeszcze parę dni wolnego od szkoły, może uda mi się przeczytać przynajmniej część z nich. :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych Świąt!


Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć wiele miłości, radości, pysznej wieczerzy wigilijnej, pachnącej choinki, obecności najbliższych Wam osób przy świątecznym stole.
Pod choinką, chciałabym żebyście znaleźli same wymarzone prezenty, które wywołają uśmiech na Waszych ustach.
Natomiast niech Nowy Rok przyniesie wiele uśmiechów i szczęścia, spełniania marzeń, a także dużo pozytywnych niespodzianek.

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! :)


Ania

niedziela, 22 grudnia 2013

Francuzki szyk i klasa ("Lekcje Madame Chic" Jennifer L. Scott)


Paryż to miasto uznawane za stolicę mody. To właśnie tam projektowane są stroje, w których chodzi później większość ludzi. O mieszkańcach tego miasta można powiedzieć, że są wzorem elegancji i szyku. Tymi słowami można też opisać ceniące się kobiety mieszkające w Paryżu. Nic więc dziwnego, że większość osób pragnie dowiedzieć się w jaki sposób można naśladować paryżanki, by tak jak one być ikoną stylu.

Książa „Lekcja Madame Chic” przedstawia rady i wskazówki napisane przez kobietę, która przez pewien okres swojego życia mieszkała w domy rodziny Chic w Paryżu. Tam nauczyła się od Madame Chic jak być ikoną stylu i szyku. Zasady panujące w domu państwa Chic wywarły na niej ogromne wrażenie, dlatego też postanowiła się przyjrzeć bliżej życiu paryżanek. Teraz, wspomnienia przedstawia w swojej książce i pozwala Czytelniczkom również stać się chic.

Jennifer L. Scott podzieliła swoją książkę na rozdziały, a w każdym z nich Czytelnik może znaleźć praktyczne parady dotyczące konkretnego zagadnienia. Mamy więc trochę o prawidłowym odżywaniu i zasadach panujących w domu państwa Chic podczas posiłku. Mowa jest również o aktywności fizycznej, która powinna towarzyszyć nam codziennie. Autorka książki udowadnia, że nie trzeba iść co tydzień na siłownię, aby być wysportowanym. Udziela małych wskazówek, które na pewno przydadzą się niejednej kobiecie. W „Lekcjach Madame Chic” znajdziemy również rady autorki dotyczące stylu i urody. Przyglądając się Francuzkom zauważyła ona w jaki sposób najchętniej się ubierają i malują - unikają przepychu i wyzywającego makijażu. Jennifer L. Scott pisze w swojej książce również o tym, jak żyć z klasą. Przedstawia przykłady z własnego życia i udziela wskazówek jak być chic.

Autorka pisze prostym i przystępnym językiem, dlatego też jej książkę czyta się bardzo szybko. Porady udzielane przez nią w „Lekcjach Madame Chic” są praktyczne i możliwe do zrealizowania w życiu każdej kobiety. Często wystarczy niewiele być stać się kobietą stylową.

Rodzina państwa Chic kierowała się w swoim życiu pewnymi zasadami. Zawsze wspólnie zasiadali do trzydaniowego obiadu, w tle grała muzyka klasyczna. Codziennie używali swojej najlepszej zastawy stołowej. Jestem pewna, że wiele kobiet nie ma ochoty zaczynać zmieniać swoje życie na rzecz twardych zasad, które będą później uważać za codzienną rutynę. Jednak jestem też przekonana o tym, że niektórzy chcieliby wprowadzić w swoim domu takie zasady. Muzykę poważną, która będzie towarzyszyć rodzinie codziennie podczas posiłków i rozmów, obiadów, które będzie spożywać się uroczyście, z całą rodziną. Dla takich właśnie ludzi „Lekcje Madame Chic” będą lekturą inspirującą i dostarczającą wielu przyjemności.

Mogą pojawić się zarzuty co do tej książki, że spostrzeżenia poczynione przez Jenniffer nie są rewolucyjne i zaskakujące, że większość z nich jest powszechnie znana. Według mnie, mimo to warto przeczytać tę książkę. Niekiedy do zmiany swojego życia, pewnych przyzwyczajeń potrzeba tylko impulsu. Kto wie? Może dla Was ta książka będzie takim właśnie impulsem?

Jestem przekonana, że zasady przedstawione przez Jennifer L. Scott będą trudne do zrealizowania w życiu codziennym. Świat się zmienia, podobnie jak ludzie. Teraz, w czasach pozbawiony niemalże wszystkich zasad może jednak warto się z nimi zapoznać? Chociażby po to, aby tylko niektóre z nich wprowadzić do swojego życia. Polecam. Warto przeczytać tę książkę.


Lekcje Madame Chic. Opowieść o tym, jak z szarej myszki stałam się ikoną stylu” Jennifer L. Scott, Wydawnictwo Literackie 2013

środa, 18 grudnia 2013

Wyniki świątecznego konkursu!

Witajcie!

Dzisiaj piszę do Was, ponieważ chciałam się z Wami podzielić miłą wiadomością. 16 grudnia skończył się konkurs, który niedawno ogłosiłam na Czekoladowej Przystani. Udało mi się w końcu zebrać w sobie i wyłonić zwycięzcę. Chciałabym na początku podziękować wszystkim za udział. Niestety mogłam Was obdarować tylko jednym egzemplarzem książki "Wielki Gatsby". Nie przedłużając, zwycięzcą zostaje...

recenzencki!

Serdecznie gratuluję, do zwyciężyni już piszę maila w sprawie adresu do wysyłki.

Mam nadzieję, że nie będzie to ostatni konkurs na Czekoladowej Przystani. :)

niedziela, 8 grudnia 2013

Świąteczny konkurs!

Śnieg zawitał już chyba na dłuższy czas. U mnie śnieg cały czas leży za oknem, wszędzie jest biało, wiatr wieje i wciska się w każdą szczelinę jaką napotka na swojej przeszkodzie. Cóż, nie powiem, żeby mi ta sytuacja odpowiadała, ponieważ za zimą po prostu nie przepadam. A zwłaszcza nie lubię marznąć. Na szczęście wraz z tą porą roku zaczyna się również okres świąteczny, na który każdy z nas czeka z utęsknieniem. Kto nie lubi ubierać choinki, piec pierniczków, otrzymywać prezentów i spędzać czas z rodziną? Jestem pewna, że nie ma takiej osoby. A Wy, moi kochani Czytelnicy, jesteście dla mnie prawie jak rodzina. Dlaczego więc nie miałabym Wam również ofiarować prezentu?

Z okazji zbliżających się Świąt postanowiłam zorganizować konkurs (który zresztą będzie pierwszym na tym blogu, ale mam nadzieję, że nie ostatnim). Przez przypadek, na mojej półce znalazły się dwa egzemplarzy tej samej książki – tj. powieści „Wielki Gatsby” F.Scotta Fitzgeralda. Z jedną z nich się zapoznałam, druga natomiast jest niezniszczona, nawet przeze mnie nie czytana. Stwierdziłam, że po co ma się u mnie kurzyć niepotrzebnie na półce, skoro komuś może sprawić przyjemność? Nawet jeżeli nie będzie chcieli czytać tej książki, to pomyślcie o swoich bliskich. Może im sprawiłaby radość?

Aby zdobyć tę książkę wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Jaka jest Wasza ulubiona książka związana ze Świętami Bożego Narodzenia? Nie piszcie tylko referatów na parę stron, wystarczy kilka, kilkanaście zdań uzasadnienia.

Regulamin:
1. Organizatorką konkursu jestem ja – tj. autorka bloga Czekoladowa Przystań.
2.Konkurs trwa od 8.12 do 16.12.2013 roku.
3. Zwycięzca zostanie wyłoniony w drodze losowania wśród osób, które pod tym postem wyrażą chęć wzięcia udziału w konkursie, podadzą swój adres email i udzielą odpowiedzi na pytanie konkursowe.
4. Nagrodę wysyłam tylko na adres znajdujący się na terenie Polski.
5. Można dołączyć do obserwatorów bloga czy też polubić Czekoladową Przystań na facebook'u jednak nie jest to warunek konieczny do zgłoszenia. Jedynie ułatwi to otrzymanie informacji o ewentualnej wygranej.
6. Byłabym wdzięczna za zamieszczenie na blogach bannera konkursowego.
7. Jeżeli nie otrzymam odpowiedzi o adres do przesyłki od zwycięzcy, w ciągu trzech dni zostanie on ponownie wyłoniony.
8. Paczkę wyślę w ciągu trzech dni roboczych od momentu otrzymania adresu od zwycięzcy.
9. W razie jakichkolwiek wątpliwości, czy też pytań proszę o kontakt na adres: ania.masajada@onet.pl



Mam nadzieję, że ten konkurs sprawi Wam niemałą radość, a zwycięzca będzie zadowolony z nagrody. 

Życzę powodzenia!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

75 Głodowe Igrzyska czas zacząć!


Dokładnie pamiętam chwile, kiedy czytałam trylogię „Igrzyska śmierci”. Byłam zachwycona książkami Suzanne Collins. Każdy rozdział pochłaniałam w zawrotnym tempie, jak najszybciej chciałam się dowiedzieć jak potoczą się losy bohaterów, z którymi bardzo się zżyłam. Najpierw pierwszy tom, potem kolejny i jeszcze następny… Przeczytałam je, potem dopiero zaczęłam myśleć o tej trylogii. Zastanawiałam się na czym polega jej fenomen. Gdy już emocje ze mnie uszły, zrozumiałam i  zobaczyłam jak wiele błędów oraz niedociągnięć mają w sobie powieści pani Collins. Jednak nie było to już wtedy dla mnie istotne. Polubiłam „Igrzyska śmieci”. Naprawdę mi się spodobały. Mimo tego, że mogłabym im wytknąć parę wad, nie ma to dużego znaczenia. Nic więc dziwnego, że wybrałam się do kina na ekranizację zarówno pierwszej części jaki i drugiej. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach z filmu „W pierścieniu ognia”, który widziałam parę dni temu w kinie.

Myślę, że fabuły tego filmu nie trzeba przedstawiać. Pamiętacie ją doskonale, prawda? Igrzyska, Katniss, Peeta, zwycięstwo, jagody. Tym razem prezydent Snow przygotował dla bohaterów niespodziankę.  75 Głodowe Igrzyska będą odbywały się na nowych zasadach, których nikt się nie spodziewał…

Film „W pierścieniu ogania” bardzo mi się podobał. Przyjemnie mi się go oglądało, chociaż do najlepszych ekranizacji z pewnością nie można go zaliczyć. Przede wszystkim wszystko dosyć się dłuży w tym filmie. Może nie jakoś szczególnie bardzo, oczy nam się nie zamkną na seansie ze znużenia, jednak według mnie dynamika filmu powinna być większa. Natomiast do największych jego zalet należy zaliczyć bohaterów.  Katniss grana przez Jennifer Lawrence wypadła bardzo dobrze. Lubię tę postać. Jednak niekiedy w książce jej ciągle przemyślenia , rozważania i ciągłe niezdecydowanie mnie irytowały. Na ekranie natomiast przyjemnie mi się ją oglądało. Może dlatego, że w filmie trudniej jest ukazać rozterki, które pojawiają się tylko w czyimś umyśle? Chociaż nie ukrywam, że się one nie pojawiały. Pojawiały się i było ich całkiem sporo. Takie trochę zapychanie fabuły. Jak się nie wie co zrobić, żeby było ciekawie to się wstawia cokolwiek, ot choćby takie „Kogo wybrać? Peetę, czy Gale’a?”.

 

Jeżeli chodzi o Peetę – na początku muszę zaznaczyć, że za nim nie przepadałam. Zarówno w książce jaki i w ekranizacji pierwszej części nie był dla mnie na tyle przekonywujący, bym mogła go choć trochę polubić. Nie zmienia się to również i w drugiej części. Peeta pojawiający się na ekranie nie robił na mnie żadnego wrażenia. Muszę również wspomnieć o tym, że nie spodobał mi się aktor – Jose Hutcherson – który zupełnie nie pasuje mi do roli Peety. Przede wszystkim jest za niski i dziwnie wygląda przy Katniss, a do tego po prostu zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tego bohatera.

Pisząc o tym filmie trudno nie wspomnieć o Finnicku, granego przez Sama Claflina. Innej opinii po mnie nie można było się spodziewać - uwielbiam Finnicka! W książce oczarował mnie swoją postacią, bałam się więc, że filmowcom nie uda się przedstawić równie dobrze tego bohatera na ekranie. Na szczęście, nie zepsuli tej postaci. Aktor, który wcielił się w jej rolę zagrał naprawdę dobrze i przyjemnie się go oglądało. Trudno też nie wspomnieć o Johannie. Oczarowała mnie ta bohaterka, która została wspaniale zagrana przez Jenę Malone. Jako jedyna z postaci wnosiła do filmu trochę humoru i uśmiechu, i za to właśnie bardzo ją lubię. Od razu nasuwa mi się na myśl scena z windy (kto oglądał film, z pewnością wie o co mi chodzi). Mina Katniss w tym momencie filmu była po prostu bezcenna. Na zasługę należą również efekty specjalne. To trzeba przyznać filmowcom – wyszły im one naprawdę dobrze. Spodobały mi się również wszystkie te kolorowe stroje i makijaże. Suknie Katniss były bardzo ładne, szczególnie ta, która zmieniła się z sukni ślubnej.


Podsumowując, „Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia” to naprawdę bardzo dobry film. Można zarzucić reżyserowi parę błędów, jednak nie wpływają one znacząco na ogólny odbiór ekranizacji. Trzeba przyznać, że jest ona dość rzetelna. Zostały w niej bowiem przedstawione dokładnie wydarzenia, które miały miejsce w książce. Niestety zakończenia pozostawiło wiele pytań, na których odpowiedzi będziemy musieli jeszcze trochę poczekać - do momentu wejścia do kin „Kosogłosa”. 

"Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia", reż. Francis Lawrence, USA 2013

piątek, 29 listopada 2013

Moralność i prawdziwe wartości („Koniec człowieczeństwa” C.S. Lewis)


C.S. Lewis znany jest każdemu z nas. Był to wielki człowiek, przede wszystkim jednak wspaniały pisarz. Większość z nas czytała „Opowieści z Narnii” (bądź też przynajmniej słyszała o tej książce). Zanurzyła się w cudowną i urokliwą krainę jaką jest Narnia. Może też ktoś z Was zapoznał się z autobiografią autora – książką „Zaskoczony radością”, w której pisarz pisze głównie o wielkich przemianach jakie zaszły w jego życiu, ale także opowiada o takich przyziemnych rzeczach jak uczęszczanie do szkoły. A może mieliście do czynienia z powieścią „Dopóki mamy twarze”? Jest to piękna historia o starożytnej krainie Glome, w której rozegrały się pełne tajemnic i grozy wydarzenia. Tym razem jednak nie będę Wam opowiadać ani o wspaniałej krainie Narnii, ani o samym Lewisie, ani też o starożytnych historiach. Tym razem będzie to coś zupełnie innego. Choć oczywiście równie cudownego.
„Koniec człowieczeństwa” to zbiór trzech esejów: „Ludzie bez torsów”, „Droga” i „Koniec człowieczeństwa”, które autor wygłosił w lutym 1943 roku. Głównym tematem każdego z nich była etyka i moralność człowieka – zarówno współcześnie, jak i w latach poprzednich. Lewis swoje rozważania i uwagi opiera na Tao, czyli nazywanym tak przez niego prawie naturalnym, tradycyjną moralnością.
Książeczka napisana przez Lewisa wydawała mi się bardzo króciutka. Stwierdziłam, że przeczytam ją w jeden wieczór. Okazało się, że ilość treści zupełnie nie jest taka sama jak jej wartość. I tak jeden wieczór zamienił się w cały miesiąc. Czytałam tę książkę po parę, czasami kilkanaście linijek, niekiedy po kilkadziesiąt stron. Każdy akapit, każde zdanie, każde słowo napisane przez autora należy przeanalizować, zatrzymać się nad nim dłużej tak, aby jego treść dotarła do czytelnika. Lewis jak zwykle czyni ze swoich utworów prawdziwą czytelniczą i intelektualną ucztę. Kiedy już treść słów autora do nas dotrze, należy się nad nimi zastanowić. Pomyśleć, co oznaczają, dlaczego pisarz porusza takie tematy, starać się jak najwięcej wynieść z lektury tej niepozornej książeczki.
Autor porusza ważne kwestie w swoich esejach. Pisze o tym jak człowieczeństwo się zmienia. O tym jak ludzie się zmieniają. A także o tym jak zmieniają się ich pierwszorzędne wartości. Lewis zauważa pojawienie się nowych prądów myślowych, które w imię postępu i rozwoju zaprzeczają samej istocie człowieczeństwa. Odrzucają to co dla ludzi zawsze było naturalne, wprowadzają nowe wartości. Czy to zjawisko nadal się pogłębia, czy może niknie? A może dopiero zacznie się rozwijać?
Eseje Lewisa zebrane w książce „Koniec człowieczeństwa” pokazują, że człowiek ma pewne zasady moralne, którymi się posługuje. Niezależnie od tego, gdzie się urodził i w co wierzy, każdy człowiek ma pewne wartości, które są dla niego ważne. Nie jest istotne to, czy ludzie posługują się kodeksem spisanym w Biblii czy też w wersach "Eddy poetyckiej" – wartości moralne będą wśród każdego bardzo podobne. Autor chce pokazać, że próby ingerowania w zasady moralne towarzyszące ludziom od początku istnienia, są początkiem walki z samym człowieczeństwem.  
„Koniec człowieczeństwa” mimo swojej niezwykle małej objętości, stanowi źródło ważnych i wartościowych esejów, z którymi warto się zapoznać. Autor pisze w nich o rzeczach, które powinny nas zainteresować, ponieważ dotyczą właśnie nas. Tradycyjna moralność ludzi jest zjawiskiem powszechnym – każdy kieruje się jakimiś wartościami. Warto jest więc zapoznać się z wykładami Lewisa, by przekonać się jak są one ważne. Istotne są również próby ingerencji w system wartości ludzi w imię tzw. postępu. Polecam zapoznanie się z „Końcem człowieczeństwa”, gdyż można się wiele dowiedzieć z tej niepozornej książki. Niech Was nie przerażą zawiłości językowe i dość trudny tekst. Nie jest to przecież powieść sensacyjna, którą czyta się z zapartym tchem. Jest to uczta literacka, którą należy się delektować.

"Koniec człowieczeństwa" C.S. Lewis, wyd. Esprit 2013, tłum. Magda Sobolewska, str. 122

sobota, 23 listopada 2013

Historie trzech wspaniałych kobiet ("Kobieta w lustrze" Eric-Emmanuel Schmitt)




Na przestrzeni wieków rola kobiet w społeczeństwie się bardzo zmieniała. Podobnie jak ich przywileje, pozycja wśród ludzi. Nie mniej jednak cały czas postać kobiety jest potrzebna i istotna. W książce Erica-Emmanuela Schmitta znajdziemy na to najlepszy przykład.

„Kobieta w lustrze” to książka opowiadająca historie trzech kobiet. Bardzo się od siebie różnią, jednak po bliższym poznaniu bohaterek powieści Schmitta można zauważyć podobieństwo między nimi. Pierwsza z nich – Anne – żyje w XVI wieku, jest zakochana w przyrodzie. Niedługo ma wyjść za mąż nie chce jednak żyć tak jak wszystkie kobiety – chce czegoś więcej. W dzień ślubu ucieka sprzed ołtarza. Jej życie od tej pory bardzo się zmieni.

Druga z kobiet – Hanna – ma wszystko czego tylko można zapragnąć. Mieszka w ogromnym, pięknym domu, ma mnóstwo pieniędzy i wspaniałego męża. Czuje się mimo tego nieszczęśliwa i samotna. Brak jej dziecka. Nie może go urodzić, a wszyscy tego od niej wymagają. Doprowadzi to do zgubnych skutków tej sytuacji.

Anny natomiast to gwiazda filmowa. Swoje tłumione codziennie emocje zaczyna uwalniać dopiero na planie filmowym, co sprawia, że gra naprawdę dobrze i szybko staje się popularna.  Jest bardzo nieszczęśliwa, zaczyna sięgać coraz częściej po różnego rodzaju używki.

Do tej pory stykałam się tylko z opowiadaniami Schmitta – wszystkie z nich były dla mnie niezwykłe. Tym razem jednak udało mi się sięgnąć po dłuższą formę tego autora i tym razem również się nie zawiodłam. Mimo tego, że autor opowiada historię trzech kobiet równolegle łatwo można odnaleźć się w każdym ze światów przedstawionych w każdej z nich. Schmitt zgrabnie połączył te historie, serwując czytelnikowi zaskakujące zakończenie.

Przede wszystkim losy kobiet, które Schmitt przedstawił w swojej książce, mają nam coś przekazać. Pomóc coś odkryć, dostrzec w naszym życiu. Pokazać to, co jest tak naprawdę ważne. Historie Anne, Hanny i Anny przedstawiają losy kobiety w różnych okresach dziejów świata. Czy ich rola się zmienia w różnych wiekach? Wydaje mi się, że nie. Może ktoś będzie mógł się utożsamić z jedną z bohaterek? Może odnajdzie w niej cząstkę siebie? Wszystko to jest bardzo możliwe.

„Kobieta w lustrze” to wspaniała książka, która wciąga czytelnika i go zachwyca. Bardzo poruszyły mnie historie kobiet przedstawione w tej powieści. Innej opinii trudno byłoby się po mnie spodziewać. Jeżeli Schmitt jest autorem powieści to wiadomo, że będzie ona bardzo dobra. Po jego utwory mogę sięgać z zamkniętymi oczami, nie patrząc na okładkę, opis czy recenzje. Polecam gorąco „Kobietę w lustrze”. Myślę, że warto ją przeczytać.

„Kobieta w lustrze” Eric-Emmanuel Schmitt, wyd. Znak 2012, tłum. Łukasz Müller, str. 456

niedziela, 10 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - koniec, ale czy na pewno?

Tydzień z literaturą dziecięcą dobiega końca. Powoli odkładam książki Astrid Lindgren, Lewisa Carrolla, Lucy Maud Montgomery, A.A. Milne z powrotem na półkę. Żegnam się z ukochanymi bohaterami mając nadal w pamięci ich przygody. Nieśpiesznie wychodzę z Krainy Czarów czy Stumilowego Lasu. Nie chcę, nie chcę opuszczać tych wspaniałych miejsc!

W mijającym tygodniu, razem z wieloma bloggerkami (czy też bloggerami), chciałam przypomnieć Wam, czytelnikom, o literaturze dziecięcej, dzięki akcji zainicjowanej przez Mery. O tych ukochanych książeczkach, które czytaliśmy mając zaledwie kilka lat. O opowieściach wysłuchiwanych z wielkim zaciekawieniem, które Mama czytała nam na dobranoc. Poza tym chciałam Wam również uświadomić, że na czytanie powieści dla dzieci nigdy nie jest za późno. Nawet wtedy, gdy jesteśmy już dorośli, nadal mamy w sobie coś z dziecka. Wiek nie jest istoty, ponieważ literatura dziecięca jest ponadczasowa, skierowana do każdego czytelnika, niezależnie od ilość przeżytych lat.


weheartit.com
Co więc się działo w tym tygodniu? Było tego całkiem sporo, ponieważ posty ukazywały się niemal codziennie, co nie zdarza się często na Czekoladowej Przystani. Na początku wspomniałam o ukochanym "Kubusiu Puchatku". Przypomniałam sobie przygody przyjaciół ze Stumilowego Lasu. Śledziłam niemalże z dziecięcym zapałem nieszczęsne utknięcie Kubusia w otworze wejściowym do nory Królika, poszukiwania ogona Kłapouchego czy też polowanie na słonie. I powiem Wam, że ubawu miałam co nie miara! Następnie przyszedł czas na książkę Lucy Maud Montgomery, czyli "Emilka ze Srebrnego Nowiu". Przypomniałam sobie jak to było przeżywać razem z ukochaną Anią. Mimo, że Emilka i Ania różnią się od siebie, mają także wiele wspólnego. Polubiłam tę Emilkę-Pisarkę i postanowiłam, że dokończę czytać trylogię o jej przygodach. Potem napisałam też króciutki tekst o "Braciach Lwie Serce", których od razu pokochałam. Niestety, nie miałam okazji czytać tej książki w dzieciństwie, cieszę się jednak, że udało mi się to teraz zrobić. Jest to książka chwytająca za serce, bardzo wartościowa i piękna. Jestem pewna, że Bracia Lwie Serce na długo pozostaną w mojej pamięci. Później pisałam także o ukochanej "Alicji w Kranie Czarów". Jest to przepiękna opowieść, którą uwielbiam i często będę do niej powracać. Pokazałam Wam też śliczne wydanie tej książki, które posiadam.

Wiecie co? Jestem zła, że ta akcja trwała tak krótko. Albo, że tak szybko czas mi ucieka. Jest przecież tyle książek z literatury dziecięcej, których jeszcze nie znam! Jest tyle opowieści, które chciałabym sobie powtórzyć! Mogłabym jeszcze długo opowiadać o "Dzieciach z Bullerbyn", "W pustyni i w puszczy", "Tajemniczym ogrodzie", "Opowieściach z Narnii", ukochanych baśniach, czy też Jeżycjadzie...

Dobra, nie będę narzekać. I tak cieszę się, że sięgnęłam po te parę książek z literatury dziecięcej. I Was też do tego gorąco zachęcam! Już wiem, że ta akcja nadal będzie trwać na blogu, w moim życiu. Będę starała się co jakiś czas sięgać po książkę dla dzieci. To na pewno nie będzie koniec mojej nowej przygody z literaturą dziecięcą.

Zapraszam również na dokładne podsumowanie akcji do Mery.

sobota, 9 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - Skok do króliczej nory

Pamiętacie jeszcze Alicję? Tak, tę Alicję z Krainy Czarów, której ciekawość była tak wielka, że wskoczyła do króliczej nory, nie myśląc o skutkach tego czynu. A co się potem wydarzyło? Myślę, że doskonale to wiecie. Bo któż z nas nie zna przygód Alicji? Niekoniecznie źródłem naszej wiedzy musi być książka Lewisa Carolla. Powstało przecież tak wiele ekranizacji tej cudownej opowiastki!


Przenieśmy się na chwilę znów do Krainy Czarów. Caroll sprawił, że jest to Kraina pełna wszelkiego rodzaju niezwykłości i oryginalności. Macie ochotę na rozmowę z Szalonym Kapelusznikiem? A może chcecie spotkać Kota z Cheshire? W Krainie Czarów jest to jak najbardziej możliwe! Nic więc dziwnego, że Alicja była tak zagubiona podczas swoich przygód. Świat, w którym się znalazła był bowiem niebanalny. Kraina Czarów wykreowana przez autora przynosi nam, czytelnikom, wiele pytań, które powstają z licznych sprzeczności. Tu nie ma miejsca na racjonalne myślenie. Nic nam ono nie pomoże, nie odpowie na pytania. Dlatego też często jest to książka nielubiana przez (w szczególności) dorosłych, ale także niekiedy dzieci.

Nie jest jednak tak, że w „Alicji w Krainie Czarów” jest tylko miejsce na niezrozumiałe sytuacje i mnóstwo absurdów. Jest też wiele dobrego humoru, uśmiechów, małych radości. Jest to przecież książeczka dla dzieci! Znalazło się oczywiście także miejsce na wspaniały styl Carolla i jego ogromną wyobraźnię.

Niedawno zaopatrzyłam się w przepiękny egzemplarz „Alicji w Kranie Czarów” ilustrowany przez Tove Jansson. Książka wypełniona jest ślicznymi obrazkami, od których wręcz nie można oderwać wzroku. Ostatnio oglądałam powieść Carolla z moją najmłodszą siostrą i razem zachwycałyśmy się tymi cudownymi ilustracjami. Jak widać, nie tylko mi się bardzo podobają.

Od razu robi mi się bardzo smutno, kiedy pomyślę, że czas mojego dzieciństwa przeminął. Bo dzieciństwo jest piękne między innymi dzięki właśnie takim książkom. Coraz ciężej będzie do nich wracać. Chociaż bez wątpienia nie raz jeszcze to zrobię. Dla takich powieści jak „Alicja w Kranie Czarów” warto. Naprawdę warto. Nigdy nie jest za późno.  

„Alicja w Krainie Czarów” Lewis Caroll, wyd. Bona 2012, tłum. Elżbieta Tabakowska-Muskat

piątek, 8 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - Bracia Lwie Serc

Niedawno czytana po raz pierwszy, ale wiem, że nie ostatni.
Znalazła sobie miejsce w moim sercu i tam pozostanie.
Cudowna, wspaniała, niezwykła
Napisana przez Astrid Lindgren. Niepodważalnie jedną z najlepszych pisarek książek dla dzieci. 
Opowieść o walce, miłości braterskiej, przezwyciężaniu zła. 
Ukochana książka.
"Bracia Lwie Serce"


"Bracia Lwie Serce" Astrid Lindgren, wyd. Nasza Księgarnia 2004, tłum. Teresa Chłapowska

czwartek, 7 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - Emilka ze Srebrnego Nowiu


Tak się złożyło, że miałam okazję przeczytać do tej pory z książek Lucy Maud Montgomery tylko serię o Ani z Zielonego Wzgórza. Od dawna chodziłam z myślą, żeby w końcu sięgnąć po inne dzieła tej autorki. Kiedy dowiedziałam się o akcji ”Tydzień z literaturą dziecięcą” stwierdziłam, że to właśnie na taką okazję czekałam. Pobiegałam szybko do biblioteki i wypożyczyłam sobie „Emilkę ze Srebrnego Nowiu”.

Emilka Starr to dwunastoletnia dziewczynka. Kiedy jej schorowany ojciec umiera, zostaje sierotą, którą ma zająć się nieznana jej rodzina Murray’ów. Emilka przeprowadza się do domu swoich ciotek w Srebrnym Nowiu. Tam znajduje nowych przyjaciół, a także poznaje uroki przepięknej okolicy. Wrażliwa i mądra dziewczynka nie odnajduje wspólnego języka z krewnymi. Staje się to przyczyną licznych nieporozumień między nimi.


Pierwsze wrażenie towarzyszące mi przy poznawaniu Emilki? Ogromne podobieństwo do Ani. Tej mojej, ukochanej Ani, którą tak bardzo lubię. Emilka jest sierotą, musi zamieszkać u obcych jej ludzi. Znajoma sytuacja, prawda? Jednakże kiedy dokładniej zgłębiałam charakter głównej bohaterki, stwierdziłam, że jest ona inna od Ani. Różnią się one temperamentem, osobowością oraz typowym dla siebie zachowaniem. Co jednak nie zmienia faktu, że podobieństwo jest widoczne.

Książkami Lucy Maud Montgomery czyta się bardzo szybko i z wielką radością. Tak też było i w tym przypadku. Z „Emilki ze Srebrnego Nowiu” wręcz bije ciepło. Styl pani Montgomery jest bardzo przyjemny, wprawia czytelnika w miłą atmosferę panującą w książce.

„Emilka ze Srebrnego Nowiu” bardzo mi się spodobała. Czytanie tej książki sprawiło mi nie małą przyjemność. Dzięki niej znów przeniosłam się w lata dzieciństwa, kiedy to zapoznawałam się z Anią Shirley. Z wielką chęcią sięgnę po kolejne tomy opowiadające o dalszych przygodach Emilki. I już wiem, że z pewnością się na nich nie zawiodę.

„Emilka ze Srebrnego Nowiu” Lucy Maud Montgomery, wyd. Podsiedlik-Raniowski i Spółka, tłum. Bogumiła Kaniewska

wtorek, 5 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - Sympatyczny Miś ze Stumilowego Lasu


Z pewnością znacie bardzo sympatycznego Kubusia, którego zwą Puchatkiem. Ba, kto go nie zna! Czy to w książkach, czy w bajkach wyświetlanych od czasu do czasu w telewizji - na pewno mieliście okazję kiedyś się z nim spotkać i trochę bliżej go poznać.

„Pewnego razu, bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek, mieszkał sobie Kubuś Puchatek, zupełnie sam w lesie, pod nazwiskiem pana Woreczko”. – str. 10 
Mój sfatygowany egzemplarz "Kubusia Puchatka"

Kubuś to przemiły Miś, którego nie da się nie polubić. Jest to bardzo poczciwy i głupiutki Miś o Bardzo Małym Rozumku. Przypominacie sobie jak to Puchatek postanowił zdobyć troszeczkę miodku? Zaczął wspinać się na drzewo, ale niestety skończyło się to dosyć niefortunnie…

„-Ratunku! - zawołał Puchatek zlatując na gałąź o pół łokcia niżej. – Gdybym zamiast tego… - powiedział i nie skończył, bo zleciał na następną gałąź o dwa łokcie niżej. – Domyślacie się chyba, co miałem zamiar zrobić – wyjaśnił Puchatek fikając  koziołka i zlatując na łeb, na szyję na inną gałąź o trzy łokcie niżej. – Oczywiście, że to było z mojej strony raczej… - przyznał spadając na następne sześć gałęzi. – A wszystko to, moim zdaniem, przez to – powiedział opuszczając ostatnią gałąź i fikając przy tym trzy koziołki – wszystko to przez to, że zanadto lubię miodek. Ratunku! – zawołał padając z wdziękiem w krzaki jałowca.” – str. 13

A potem, Puchatek poprosił Krzysia o balony. No cóż, ostatecznie, mimo licznych ciekawych pomysłów, Misiowi nie udało się podkraść miodu pszczołom. Możemy poznać jeszcze wiele przygód z udziałem głupiutkiego misia. Puchatek utknął kiedyś w otworze wejściowym do norki Królika, tropił też zwierzęta patrząc na ślady pozostawione na śniegu, a także szukał ogonu Kłapouchego. Kubuś miał jeszcze wiele, wiele przygód. Zachęcam Was, by bliżej się im przyjrzeć. Przypomnieć sobie, powspominać…

„-Ach, ty Misiu, Misiu, okropnie cię lubię – powiedział Krzyś.
-I ja cię też - powiedział Puchatek.” – str. 61

„Kubuś Puchatek” A.A. Milne, wyd. Książka i Wiedza 1954, tłum. Irena Tuwim

poniedziałek, 4 listopada 2013

Tydzień z literaturą dziecięcą - początek


Mówi się, że człowiek przez całe życie jest dzieckiem. I chyba rzeczywiście jest to prawda. Chociaż ponoć już nie jestem dzieckiem (chociaż zupełnie się tak nie czuję), które przez całe dnie zaczytywało się w literaturze dziecięcej i młodzieżowej, czuję od czasu do czasu potrzebę sięgnięcia po tego typu literaturę. Bardzo się więc ucieszyłam, gdy na blogu Mery zobaczyłam informację o „Tygodniu z literaturą dziecięcą”. Stwierdziłam, że tego właśnie potrzebowałam. Pomimo, że chęci do tego by sięgnąć po te cudowne książeczki dla dzieci gdzieś tam w głębi mnie były, to jednak motywacji zawsze mi brakowało. Aż tu nagle natrafiła się taka wspaniała okazja! Po prostu nie mogłam z niej nie skorzystać.

weheartit.com
Kto z nas nie ma ukochanego bohatera lub bohaterki z książek, które czytało się w dzieciństwie? Kto nie wspomina z uśmiechem wydarzeń, które miały miejsce w jego ulubionej książce? Każdy ma jakieś wspomnienia z okresu dzieciństwa związanego z książkami i każdy czasami lubi do nich powrócić, przeczytać znów ukochane niegdyś książki.

http://gwiazdowy-gosciniec.blogspot.com/2013/10/tydzien-z-literatura-dziecieca.html
Najbliższy tydzień będzie przebiegał na blogu pod znakiem literatury dziecięcej. Zaplanowałam parę postów, które mam nadzieję, Wam się spodobają. Będzie trochę o naszych ulubionych bohaterach, książkach, a także autorach z okresu, kiedy byliśmy małymi dziećmi. Może te teksty przypomną Wam dzieciństwo, bądź zachęcą do sięgnięcia po książki, których jeszcze nie mieliście okazji przeczytać?

Już jutro możecie spodziewać się pierwszego tekstu. Kto jeszcze nie wiedział o tej akcji lub może nie jest zdecydowany czy wziąć w niej udział – zachęcam!

środa, 30 października 2013

Florence and the machine


Jakiś czas temu, było to może dwa lub trzy lata temu, odkryłam wspaniały zespół, a dokładniej jego cudowną wokalistkę, której głos od razu przeszył moje serce, a dźwięki jej piosenek do mnie przemówiły. No i cóż, stwierdziłam, że uwielbiam taką muzykę. Moja miłość trwa do dzisiaj.


Mowa oczywiście o cudownym zespole Florence and the machine i jego niezwykłej wokalistce Florence Welch. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ich muzykę byłam zachwycona. Podobało mi się w nich dosłownie wszystko: głos wokalistki, gatunek, rytm, brzmienie, teksty piosenek. Przekopywałam sieć w poszukiwaniu ich coraz to nowszych piosenek, ale również tych starszych, zapomnianych. Słuchałam, śpiewałam, tańczyłam… Jednocześnie byłam i nadal jestem bardzo się zdziwiona. Zazwyczaj bywa ze mną tak, że zespół, którego uważam za najlepszy na świecie, zaczyna mi się nudzić po trzech, czterech miesiącach nieustannego przesłuchiwania jego utworów. W przypadku Florence było zupełnie inaczej. Nie dość, że nadal ich słuchałam, to do tego z jeszcze większym zapałem!


Miłość do nich pozostała. Choć teraz słucham ich zdecydowanie rzadziej, to nadal często wracam do ich cudownych, klimatycznych, tajemniczych piosenek. Uwielbiam we Florence to, że jej muzyka jest zupełnie inna, nietypowa, niepowtarzalna. Wokalista ta tworzy to, co uważa za dobre, nie stara się nikomu
podporządkować, nikogo nie naśladuje.


Teraz tylko mam nadzieję, że Florence zdecyduje się wydać nową pytę… Czekam na tę chwilę z utęsknieniem.



Znacie ten zespół? Słuchacie go? :)

sobota, 26 października 2013

"Diana"

Księżna Diana – Królowa Ludzkich Serc. Kobieta uwielbiana przez cały świat, a jednocześnie przez niego znienawidzona. Jaka była naprawdę? Czy ktoś może odpowiedzieć na to pytanie? Taki zamiar miał reżyser filmu pt. „Diana”. Film przedstawia ostatnie dwa lata życia księżnej Diany, przed jej tragicznym wypadkiem.

Reżyser filmu skupia uwagę widzów na romansie i wielkiej miłości księżnej Diany, a także na jej zaangażowanie w działalność charytatywną. Jeżeli myślicie, że dowiecie się z tej produkcji czegoś więcej o zawiłych kontaktach księżnej z pałacem Buckingham, to grubo się mylicie. Wątek ten pojawia się w filmie, jednakże jest on na tyle niewidoczny, że nie zwrócicie nawet na niego większej uwagi. Podobnie sprawa ma się z relacją między Dianą, a synami, czy Karolem. Próżno też szukać tu czegoś o próbach samobójczych oraz depresji księżnej. Chcieliście się dowiedzieć więcej o tych sprawach? No cóż, na pewno nie uda wam się odnaleźć interesujących was informacji w „Dianie”.

Czego zatem można się spodziewać? Przede wszystkim w filmie został obszernie ukazany związek Diany z chirurgiem Khanem. Ich historię śledzimy od momentu kiedy się poznali, aż do tragicznej śmierci księżnej. Przyglądamy się, jak na ekranie Diana boryka się z mediami, stara się kontrolować zawiłą sytuację, w którą się wplątała. Widzimy jej smutek, ale też jej radości. Następnie oglądamy jej podróże do najbiedniejszych części świata, pomoc najbardziej potrzebującym.


Na wielką pochwałę zasługuje Naomi Watts, która wspaniale zagrała księżną. Doskonale wczuła się w swoją rolę. Z wielką przyjemnością oglądałam ją na wielkim ekranie. Mniej spodobała mi się postać doktora Khana grana przez Naveena Andrewsa. Od początku wydawał mi się jakiś taki nijaki. „Diana” spodobała mi się również za wykonanie. Jest to film dobrze zmontowany ciekawymi ujęciami (jak na moje oko widza-amartora).

Co mi się jeszcze w filmie podobało? Urzekła mnie historia księżnej. „Diana” to film, w którym nie znajdziemy faktów przedstawiających sytuację księżnej. Jest to natomiast dosyć łzawa opowieść o wielkiej miłości i poszukiwaniu szczęścia przez skrzywdzoną kobietę. Film ten, nie odpowie na pytania dotyczące wypadku księżnej, jej relacji z mężem, czy dziećmi. To opowieść o miłość, film ze schematem wielkiego uczucia, jakich wiele. Niektórzy się na nim zawiodą, to pewne. Inni natomiast, tak jak ja, potraktują ten film jako piękną historię, którą będą mieli okazję zobaczyć na ekranie.

„Diana”, reż. Oliver Hirschbiegel, 2013, biograficzny, dramat, Naomi Watts, Neveen Andrews