poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Na tropie pana Browna ("Tajemniczy przeciwnik" Agatha Christie)


Lubię kryminały. Lubię książki, które trzymają czytelnika w napięciu. Historie, w których wszystko do siebie pasuje, w których koniec z pewnością będzie zaskakujący. Dlatego też lubię czytać powieści Agathy Christie, nazywanej niekiedy Królową Kryminału. Każdą kolejną książkę tej autorki zaczynam czytać z uśmiechem na ustach. „Tajemniczy przeciwnik” jest jedną z pierwszych powieści kryminalnych, jakie wyszły spod pióra Agathy Christie. Czy jest to książka, którą warto przeczytać?

W ręce Amerykanki, Jane Finn, dostają się dokumenty ważne dla rządu brytyjskiego. Od tego momentu za wszelką ceną chcą je odzyskać: pan Brown, znany jako „człowiek związany z bolszewikami”, wywiad oraz bogaty kuzyn dziewczyny. W sam środek afery wpadają Tupence oraz Tommy – dwójka przyjaciół poszukująca pieniędzy oraz marząca o niezwykłych przygodach. Razem znajdą się w wielu niebezpiecznych sytuacjach. Czy uda im się powstrzymać pana Browna?

Nie ma w „Tajemniczym przeciwniku” Herkulesa Poirot. Nie ma również panny Marple. Jest za to dwójka przyjaciół – Tupence oraz Tommy. Są to bohaterowie bardzo sympatyczni. Często, czytając o nich, na moich ustach gościł uśmiech, bo nie dość, że są bardzo zgraną parą, to do tego jakże zabawną! Jak wszyscy bohaterowie nie są oni pozbawieni wad. Najbardziej raziło mnie w zachowaniu Tupence oraz Tommy’ego naiwność oraz chęć posiadania jak największej ilość pieniędzy, co bardzo często szło ze sobą w parze. Kiedy tylko wyczuwali okazję wzbogacenia się dążyli do obranego celu, na nic nie zważając. A to często sprowadzało na nich liczne kłopoty.

Christie po raz kolejny udowodniła, że jej kryminały zasługują na miano jednych z najlepszych. Fabuła „Tajemniczego przeciwnika” została bardzo dobrze skonstruowana. Muszę przyznać, że nie miałam pojęcia, kto jest tajemniczym panem Brownem. Nie umiałam rozwiązać tej zagadki. Dopiero zaskakujące zakończenie sprawiło, że wszystko stało się jasne. Dzięki tym zabiegom Agathy Christie książkę „Tajemniczy przeciwnik” czyta się bardzo szybko. Czytelnik przekręca kolejne kartki powieści, oczekując coraz to bardziej zaskakujących wydarzeń i takowe właśnie otrzymuje.

„Tajemniczy przeciwnik” to bardzo dobry kryminał. Trzymający w napięciu, wywołujący w czytelnika wiele emocji. Jednakże niekiedy naiwność bohaterów, ich ślepe dążenie za pieniędzmi przyćmiewają kunsztowne dopracowanie fabuły przez Agathę Christie. Polecam tę książkę wielbicielom kryminałów, fanom przygód Tupence oraz Tommy’ego. Mimo paru wad tej książki można bardzo miło spędzić czas, rozwiązując razem z dwójką detektywów-amatorów tożsamość pana Browna. I będzie to nie lada wyzwanie!

"Tajemniczy przeciwnik" Agatha Christie, wyd. Dolnośląskie 2013, str. 304

wtorek, 20 sierpnia 2013

Papierowi ludzie w papierowych miastach ("Papierowe miasta" John Green)

Często różne sytuacje stawiają przed nami pytania: „Po co żyć?”, „Jaki jest tego sens?”, „Co jest dla mnie ważne?”. Ludzie poszukują odpowiedzi na te pytania. Niektórzy jednak postanawiają żyć dalej codzienną rutyną, nie zastanawiając się nad tym co jest tak naprawdę ważne. Właśnie takim osobom (którymi najczęściej są nastolatki) podsunęłabym książkę „Papierowe miasta” pisarza Johna Greena.

Głównym bohaterem książki jest Quentin Jacobson, na którego przyjaciele mówią po prostu Q. W dzieciństwie przeżył on coś niesamowitego z Margo Roth Spiegelman, w której jest od tego czasu zakochany. Dziewczyna ta, która jest znana w całej szkole ze swego ekstrawaganckiego zachowania, pewnej nocy przychodzi pod okno Q w stroju nindży. Chłopak zauroczony dziewczyną od razu zgadza się z nią wyjść tej nocy. Nie wie jeszcze ile będzie go kosztować ta decyzja. Margo wprowadza w życiu Q niezły bałagan, a następnego dnia znika. Quentin zaczyna poszukiwania fascynującej go Margo, która zostawiła dla niego skomplikowane wskazówki. Podczas poszukiwań dowie się wielu rzeczy o ludziach, którzy są w rzeczywistości zupełnie inni niż sądzimy.  

Nadal pamiętam jak wiele emocji towarzyszyło mi czytaniu książki „Gwiazd naszych wina”. Tylu łez nigdy jeszcze nie wylałam podczas lektury. Nigdy. John Green postawił sobie wysoką poprzeczkę. Miałam duże wymagania co do jego innej książki – „Papierowych miast”. Gdzieś w głębi mnie czułam, że się nie zawiodę. Że autor cudownych „Gwiazd naszych wina” znów mnie zachwyci. I nie pomyliłam się.

Q uważa, że w jego życiu wszystko jest na miejscu, że nie ma w nim miejsca na niespodzianki. Dogaduje się z rodzicami, ma przyjaciół z którymi lubi spędzać czas, dobrze radzi sobie w szkole. Wtedy w jego życie wkracza Margo. Dziewczyna, której życie jest zupełnym przeciwieństwem życia Q. Pełne ekstrawagancji, niespodziewanych zdarzeń, nieporozumień z rodziną, kłótni z przyjaciółmi. Margo sprawia wrażenie szczęśliwej, jednak tak naprawdę w głębi siebie szuka tego, co jest dla niej ważne, próbuje odpowiedzieć na pytania, które są najistotniejsze. Dlatego ucieka. Ale czy ucieczka jest dobrym rozwiązaniem?

Nasz świat jest zbudowany z papieru. „[...] popatrz na te wszystkie ślepe zaułki, ulice, które zawracają same na siebie, wszystkie te domy zbudowane po to, by się rozpaść. Na wszystkich tych papierowych ludzi mieszkających w swych papierowych domkach i wypalających swoją przyszłość, byle tylko siedzieć w cieple. Na wszystkie te papierowe dzieciaki pijące piwo, które kupił im jakiś menel w papierowym całodobowym. Każdy opętany jest manią posiadania przedmiotów. Cienkich jak papier i kruchych.” (str.78)  Wszystko przemija. Wszystko jest delikatne jak papier. Tylko od nas zależy jak wykorzystamy dany nam czas, dane nam życie.

Bardzo polubiłam pana Greena. Polubiłam go za to, że potrafi trafić do młodzieży w swoich książkach i pisze do nich mądrze. Dotyka spraw naprawdę istotnych. Zagubiona młodzież może odkryć w książkach Johna Greena odpowiedzi na pytania, które krążą w ich głowach. Te powieści, zarówno „Gwiazd naszych wina” jak i „Papierowe miasta” przekazują wartości, które są naprawdę ważne i istotne. Często pomijane i skreślane w dzisiejszych czasach.

Zachęcam Was do przeczytania „Papierowych miast”. Mimo, że jednak mniej mi się one podobały od wspaniałych „Gwiazd naszych wina”, warto się zapoznać z tą książką. Przyjemnie czyta się tę powieść, gdyż autor ma niezwykłe poczucie humoru, a jednocześnie przekazuje on ważne wartości. Warto, naprawdę warto.  
„Papierowe miasta” John Green, wyd. Bukowy Las 2013, str.397

środa, 14 sierpnia 2013

Wróciłam! Z genialnych wakacji!


Witajcie! Wypoczęłam, a teraz ze zdwojoną siłą do Was powracam! A może nawet potrojoną…

Z pewnością jesteś ciekawi co takiego porabiałam, kiedy mnie nie było. Po części zaspokoję Waszą ciekawość i opowiem Wam co się ze mną działo. Otóż, trzy tygodnie temu wsiadłam z całą rodzinką do samochodu (razem z wszystkimi walizkami, bagażami, prowiantem i mnóstwem innych niepotrzebnych rzeczy) i pojechaliśmy nad morze. Tam, na początku pogoda nam nie dopisywała, więc zamiast opalać się na plaży, zwiedzaliśmy okoliczne miejsca. Odwiedziliśmy bardzo interesujące miasto pod względem historycznym, jakim jest Lębork. Potem, kiedy słoneczko postanowiło uraczyć nas swoją obecnością, tak jak inni polscy turyści padliśmy plackiem na plaży. Całe trzy dni przeleżałam na piasku czytając książkę „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” (ta książka to wcale nie przelewki! 600 stron robi swoje), która okazała się całkiem niezłą powieścią, ale o tym kiedyś jeszcze wspomnę. Oczywiście troszeczkę się spiekłam, przez jedną noc plecy bolały, oj, bolały… Za to bardzo miło wspominam wieczorne spacery po plaży wzdłuż morza. Szum fal, woda podmywająca piasek spod nóg, wielkość żywiołu wody i wiatru tuż obok mnie… Cudowne chwile, cudowne wspomnienia.

Potem było jeszcze lepiej. Wracając znam naszego polskiego morza, rodzina zostawiła mnie nad równie pięknym jeziorem na Mazurach. Dlaczego? Otóż, tam oto odbywał się obóz, na którym w końcu mogłam sobie pożeglować! Po rocznej przerwie, znów poczułam ten cudowny powiew wiatru we włosach, siłę i moc żagla, który jest moim podwładnym w momencie kiedy trzymam ster w ręce. Kto nigdy nie żeglował pewnie dziwi się, dlatego piszę takie bzdury. Niech żałuje! Żeglarstwo jest wspaniałe!

Co oprócz tego? Był też windsurfing. Kojarzycie? Deska i żagiel. I dużo wody wokół ciebie. W tym roku pierwszy raz stałam na desce i trzymałam żagiel w ręce. Też było cudownie! Parę razy oczywiście wylądowałam w wodzie, ale było warto. Na kajaczkach również sobie trochę popływałam. Ale od tego ręce bolą! Z łuku też strzelałam! Spokojnie, spokojnie, nikogo nie udało mi się zabić. Chociaż w drzewo parę razy trafiłam… (drzewo nie było celem, powinnam była trafić do tarczy).

W aquaparku przeżyłam ciężkie chwile swojego życia. Otóż stałam i myślałam: „Zjechać z tej wielkiej zjeżdżalni, czy nie zjechać…? Oto jest pytanie.”. Aż w końcu stwierdziłam, że raz się żyje. I poszłam. Akurat wtedy przyszli do mnie chłopcy i mówią: „Brawo Ania! Odważyłaś się!”. Ja stoję taka zestresowana, a wtedy zapala się zielone światełko. Staję na skraju przepaści otwierającej się przed moich panicznym lękiem wszystkiego co ekstremalne. A wtedy ktoś za mną mówi: „Ciekawe jak głośno będzie krzyczała”. W tym samym momencie ja siadam i zjeżdżam. I co robię? Aaaaa!!! – krzyczę jak opętana. Bardzo się bałam. A wszyscy się potem ze mnie śmiali…Czy oni nie rozumieją, że ja się naprawdę bałam!

Co poza tym? Na rowerach też trochę śmigałam. Po lasach, polach, polanach… Zdecydowanie za mało ćwiczę. Jadąc tuż za chłopakami na początku grupy bardzo szybko byłam zmęczona. Więcej ćwiczeń! Koniecznie! Trenowaliśmy również puszczanie i sterowanie treningowymi kajtami. Są to latawce, na których w przyszłości po wielu ćwiczeniach można pływać na desce. Bardzo fajna zabawa! Świetnie się z nimi bawiłam.  


W każdym bądź razie, było ciekawie. Miło spędziłam te wakacje (a to przecież jeszcze ich nie koniec!). Cieszę się z tego, że pojechałam nad morze, jak i z tego, że byłam na obozie. A najbardziej się cieszę z tego, że sobie pożeglowałam. Nigdy chyba nie zapomnę tego jak darłam się z koleżankami na żaglówce: „Wybierz te żagle!”, „Do zwrotu!”. I te okrzyki radości. Ponoć było nas słychać na całym jeziorze. Cieszę się też z tego, że spotkałam się ze znajomymi, których poznałam parę lat temu na poprzednich obozach. Cieszę się, że pogoda dopisała. Było po prostu cudownie!

Wracając jednak do książkowej rzeczywistości – cieszę się też, że jestem znów z Wami! Przede mną dużo planów. Wiele książek czeka na półce. Wiele planów w głowie na posty. Zobaczymy jak będzie z ich realizacją.

Ale się rozpisałam! Nikt nie zasnął? Nie wiem, czy ciekawi Was to jak spędziłam wakacje… Piszcie jak było z Wami. Gdzieś wyjeżdżaliście?