środa, 30 października 2013

Florence and the machine


Jakiś czas temu, było to może dwa lub trzy lata temu, odkryłam wspaniały zespół, a dokładniej jego cudowną wokalistkę, której głos od razu przeszył moje serce, a dźwięki jej piosenek do mnie przemówiły. No i cóż, stwierdziłam, że uwielbiam taką muzykę. Moja miłość trwa do dzisiaj.


Mowa oczywiście o cudownym zespole Florence and the machine i jego niezwykłej wokalistce Florence Welch. Kiedy pierwszy raz usłyszałam ich muzykę byłam zachwycona. Podobało mi się w nich dosłownie wszystko: głos wokalistki, gatunek, rytm, brzmienie, teksty piosenek. Przekopywałam sieć w poszukiwaniu ich coraz to nowszych piosenek, ale również tych starszych, zapomnianych. Słuchałam, śpiewałam, tańczyłam… Jednocześnie byłam i nadal jestem bardzo się zdziwiona. Zazwyczaj bywa ze mną tak, że zespół, którego uważam za najlepszy na świecie, zaczyna mi się nudzić po trzech, czterech miesiącach nieustannego przesłuchiwania jego utworów. W przypadku Florence było zupełnie inaczej. Nie dość, że nadal ich słuchałam, to do tego z jeszcze większym zapałem!


Miłość do nich pozostała. Choć teraz słucham ich zdecydowanie rzadziej, to nadal często wracam do ich cudownych, klimatycznych, tajemniczych piosenek. Uwielbiam we Florence to, że jej muzyka jest zupełnie inna, nietypowa, niepowtarzalna. Wokalista ta tworzy to, co uważa za dobre, nie stara się nikomu
podporządkować, nikogo nie naśladuje.


Teraz tylko mam nadzieję, że Florence zdecyduje się wydać nową pytę… Czekam na tę chwilę z utęsknieniem.



Znacie ten zespół? Słuchacie go? :)

sobota, 26 października 2013

"Diana"

Księżna Diana – Królowa Ludzkich Serc. Kobieta uwielbiana przez cały świat, a jednocześnie przez niego znienawidzona. Jaka była naprawdę? Czy ktoś może odpowiedzieć na to pytanie? Taki zamiar miał reżyser filmu pt. „Diana”. Film przedstawia ostatnie dwa lata życia księżnej Diany, przed jej tragicznym wypadkiem.

Reżyser filmu skupia uwagę widzów na romansie i wielkiej miłości księżnej Diany, a także na jej zaangażowanie w działalność charytatywną. Jeżeli myślicie, że dowiecie się z tej produkcji czegoś więcej o zawiłych kontaktach księżnej z pałacem Buckingham, to grubo się mylicie. Wątek ten pojawia się w filmie, jednakże jest on na tyle niewidoczny, że nie zwrócicie nawet na niego większej uwagi. Podobnie sprawa ma się z relacją między Dianą, a synami, czy Karolem. Próżno też szukać tu czegoś o próbach samobójczych oraz depresji księżnej. Chcieliście się dowiedzieć więcej o tych sprawach? No cóż, na pewno nie uda wam się odnaleźć interesujących was informacji w „Dianie”.

Czego zatem można się spodziewać? Przede wszystkim w filmie został obszernie ukazany związek Diany z chirurgiem Khanem. Ich historię śledzimy od momentu kiedy się poznali, aż do tragicznej śmierci księżnej. Przyglądamy się, jak na ekranie Diana boryka się z mediami, stara się kontrolować zawiłą sytuację, w którą się wplątała. Widzimy jej smutek, ale też jej radości. Następnie oglądamy jej podróże do najbiedniejszych części świata, pomoc najbardziej potrzebującym.


Na wielką pochwałę zasługuje Naomi Watts, która wspaniale zagrała księżną. Doskonale wczuła się w swoją rolę. Z wielką przyjemnością oglądałam ją na wielkim ekranie. Mniej spodobała mi się postać doktora Khana grana przez Naveena Andrewsa. Od początku wydawał mi się jakiś taki nijaki. „Diana” spodobała mi się również za wykonanie. Jest to film dobrze zmontowany ciekawymi ujęciami (jak na moje oko widza-amartora).

Co mi się jeszcze w filmie podobało? Urzekła mnie historia księżnej. „Diana” to film, w którym nie znajdziemy faktów przedstawiających sytuację księżnej. Jest to natomiast dosyć łzawa opowieść o wielkiej miłości i poszukiwaniu szczęścia przez skrzywdzoną kobietę. Film ten, nie odpowie na pytania dotyczące wypadku księżnej, jej relacji z mężem, czy dziećmi. To opowieść o miłość, film ze schematem wielkiego uczucia, jakich wiele. Niektórzy się na nim zawiodą, to pewne. Inni natomiast, tak jak ja, potraktują ten film jako piękną historię, którą będą mieli okazję zobaczyć na ekranie.

„Diana”, reż. Oliver Hirschbiegel, 2013, biograficzny, dramat, Naomi Watts, Neveen Andrews

sobota, 19 października 2013

Wielki Brat patrzy ("Rok 1984" George Orwell)



Wielki Brat patrzy. Obserwuje cię. Widzi WSZYSTKO.

Rok 1984. Oceanią rządzi Partia. Prowadzi ona wojnę z Wschódazją (albo Eurazją). Społeczeństwo mieszkańców mocarstwa podzielone jest na trzy klasy społeczne: funkcjonariuszy należących do Wewnętrznej Partii, którzy pełnią najwyższe stanowiska urzędnicze; szeregowych Zewnętrznej Partii będących urzędnikami niższego szczebla; oraz proli, czyli inaczej klasę pracującą, lekceważoną i pogardzaną przez władzę. Mieszkańców kontrolują teleekrany i wszechobecne podsłuchy. Ważne jest by nikt nie dopuścił się do myślozbrodni. Każdy musi kochać i uwielbiam Wielkiego Brata.

Winston Smith to mieszkaniec Londynu, pracownik Ministerstwa Prawy paradoksalnie zajmującego się fałszowaniem informacji. Dostrzega on, że system Oceanii jest bezsensowny i szalony. Stara się dociec, czy to co Partia przekazuje obywatelom jest prawdą. W jednym ze sklepów należących do proli kupuje zeszyt i pióro – materiały zakazane przez ówczesne władze. Zaczyna spisywać swoje myśli tym samym dopuszczając się myślozbrodni.

Autor – Geogre Orwell – pokazuje czytelnikom przerażającą wizję świata. Wizję, która tak naprawdę już się na naszych oczach powoli urzeczywistnia. Świat Orwella jest przerażający, pełen kłamstw, pozbawiony miłości. Brak w nim jakichkolwiek uczuć. Książkę odbiera się tak, jakby była napisana w szarych barwach. Wszędzie widać tylko smutek. Okropne wydaje się to, że ludzi przejawiają entuzjazm, gdy zabijani są jeńcy wojenni. Odrażające i przerażające jest również to, że społeczeństwo Oceanii jest pozbawione wolności myśli i słowa, ponieważ Partia kontroluje umysły swoich podwładnych.

„Rok 1984” jest ostrzeżeniem i przestrogą. Przypomina o komunizmie i przestrzega przed tym, że te czasy mogą powrócić. Nikt nie chciałby żyć w takim świecie. Dlatego musimy strać się by takie czasy nigdy nie nastały, by taki świat nigdy nie istniał.

Orwell pisze dobrze, dobrze się czyta jego prozę. Przedstawia fakty w bezpośredni i przystępny sposób.  Łatwo można zrozumieć to co pisze auto, trudniej natomiast przyswoić, gdyż pisze niekiedy o trudnych i niepojętych rzeczach. 

Ciężko jest pisać o uczuciach, które towarzyszą tej lekturze. Trudno je określić. Każdy inaczej odbierze tę powieść. Książkę „Rok 1984” powinien przeczytać każdy. Bez wyjątku – każdy. Prędzej, czy później powinien to zrobić. Z pewnością nie wszystkim się spodoba to powieść. Ale bez wątpienia, warto ją znać.

Zakończenie mnie dobitnie zdołowało. Szczerze mówiąc, od początku nie miałam nadziei. Gdzieś tam w głębi serca wiedziałam jak to się skończy. Ale żal w moim sercu był ogromny. I smutek. Smutek nad tym, że tak świat może kiedyś wyglądać.

„Rok 1984” George Orwell, wyd. Muza 2013, str. 353

wtorek, 15 października 2013

Czas na jesień!

Witajcie! 
Jesień to pora roku, która zawsze wywoływała u mnie grymas niezadowolenia na twarzy. Nagle ukochane słoneczko znikało z błękitnego nieba, z szafy musiałam wyciągnąć grubą i ciężką kurtkę. W tym roku postanowiłam, że zmienię swoje negatywne podejście. Tak nie może być! Jesień to przecież tak naprawdę piękna pora roku! Nie potrafię sobie na przykład wyobrazić roku kalendarzowego bez chłodnych wieczorów, kiedy siedzę opatulona cieplutkim kocykiem, w ręce trzymam kubek z gorącą herbatą i czytam jakąś piękną historię. Według mnie jesień to właśnie najlepsza pora roku na czytanie książek. Podobnie jak wiosna. Bo przecież w lecie za gorąco na czytanie, nikomu nic się nie chce. A w zimie? Kto by myślał o czytaniu powieści w zimie! Wtedy już się czeka na Święta, człowiek przejmuje się tylko tym by nie zamarznąć...

Ostatniej niedzieli, kiedy na niebie można było zobaczyć jesienne słoneczko, chwyciłam aparat w rękę i udałam się na długi spacer. Kto jeszcze nie wierzy, że jesień potrafi być piękną porą roku niech tylko spojrzy na moje zdjęcia. Z pewnością szybko zmieni zdanie.






























A Wy lubicie jesień? Czy może wręcz przeciwnie? :)

niedziela, 13 października 2013

Wakacyjne wspomienie... ("Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson)


 „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to książka, która kojarzy mi się z wakacjami. Dokładnie pamiętam tamte wspaniałe chwile. Plaża, nasze polskie, piękne morze, słońce i dobra książka. Teraz tylko można pomarzyć o takich wspaniałych miejscach, takich cudownych chwilach… Dobra, dobra. Koniec tych złudnych nadziei. Teraz mamy jesień, a ja chciałabym napisać coś o książce, która idealnie nadaje się do czytania zarówno podczas lata, jak i w trakcie jesiennej chandry.

Od jakiegoś czasu w mojej głowie siedziała myśl, która nie dawała mi spokoju. Otóż to, bardzo chciałam przeczytać serię Millenium – tak, TĘ serię – polecaną przez wielu czytelników, znaną prawie każdemu. Aż w końcu nadszedł ten moment, kiedy „Millenium” znalazło się u mnie w domu. Oczywiście, wiadomo jak to jest, każdy szanujący się czytelnik ma cały stos książek, które powinien w najbliższym czasie przeczytać. Tak też (jak już się wszyscy domyślają) było i ze mną. Seria wylądowała na półce i tak stała, stała… Aż w końcu nastały wakacje. I wyjazd nad morze. A ja, oczywiście co zrobiłam? Wzięłam pierwszą część „Millenium” ze sobą. Czy żałuję? Zdecydowanie nie!

Mikael Blomkvist – główny bohater – jest dziennikarzem i wydawcą magazynu „Millenium”. Po opublikowaniu artykułu o znanym przedsiębiorcy, zostaje on oskarżony o zniesławienie. Jego wiarygodność zostaje mocno nadszarpnięta, postanawia więc na jakiś czas wycofać się z życia zawodowego. Otrzymuje od Henrika Vangera – byłego dyrektora wielkiego koncernu – zaskakującą propozycję. Mężczyzna daje mu zlecenie rozwiązania sprawy sprzed czterdziestu lat dotyczącej zaginięcia jego wnuczki Harriet.

Oczywiście, jak to można od razu przewidzieć, Mikael przyjmuje daną mu propozycję. Wkrótce potem zaczyna się jego współpraca z intrygującą Lisbeth Salander - młodą, intrygującą outsiderką i genialną researcherką. Zaczyna się prawdziwa przygoda…

Jak to wspaniałomyślnie na okładce głosi wypowiedź z dziennika „The Times” :„Cały ten szum jest w pełni uzasadniony (…). W książce świetne jest wszystko – bohater, fabuła, atmosfera.” I naprawdę ciężko jest się z nią nie zgodzić. Już od pierwszej przeczytanej strony (czy może raczej pochłoniętej) czuć, że będzie to niezwykła lektura. I taka rzeczywiście jest ta powieść. Przepełniona emocjami, które wsiąkają w czytelnika. Z każdą przeczytaną stroną chce się więcej, jeszcze więcej…

Jednym z największych plusów tej książki (przyznają to chyba wszyscy, który mieli okazję się z nią zapoznać) jest bez wątpienia postać Lisbeth Salander. Od momentu, w którym pojawiła się ona w powieści, cała historia nabrała innego znaczenia. Wszystko z jej udziałem było niezwykłe, takie intrygujące, niebezpieczne. Przy niej postać, dosyć przeciętnego bohatera jakim wydaje mi się być Mikael, stała się bardziej wyrazista i pełniejsza. Krótko mówiąc – powieść „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” nie byłaby tą samą książką, gdyby zbrakło w niej Lisbeth.

Tytuł powieści sugeruje nam (przynajmniej częściowo) temat, jaki porusza ta powieść. Pragnę zaznaczyć, że nie jest to „lekki” kryminał. Jest to książka, której główny wątek stanowi dość poważny i burzliwy temat. Z pewnością czytając tę książkę, niejednemu czytelnikowi może wstąpić na plecy dreszcz, jak to było w moim przypadku.

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to książka, którą mimo tego, że porusza temat z pewnością niełatwy, czyta się z wielką przyjemnością. Jest to bardzo dobry kryminał, ze wspaniałą atmosferą, którą przesiąknięta jest każda strona książki. Jednocześnie, trzeba zaznaczyć, że nie jest to książka z górnej półki. Jest to bardzo dobra powieść, nie przekazująca nam jednak żadnych ważnych wartości. Ot, taka książka idealna na plażę (jak to było w moim przypadku) lub na jesienny wieczór (no, może parę wieczorów).

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson, wyd. Czarna Owca 2008, str. 640

Jeszcze raz zapraszam na fejsbukową stronę Czekoladowej Przystani! :)