poniedziałek, 2 grudnia 2013

75 Głodowe Igrzyska czas zacząć!


Dokładnie pamiętam chwile, kiedy czytałam trylogię „Igrzyska śmierci”. Byłam zachwycona książkami Suzanne Collins. Każdy rozdział pochłaniałam w zawrotnym tempie, jak najszybciej chciałam się dowiedzieć jak potoczą się losy bohaterów, z którymi bardzo się zżyłam. Najpierw pierwszy tom, potem kolejny i jeszcze następny… Przeczytałam je, potem dopiero zaczęłam myśleć o tej trylogii. Zastanawiałam się na czym polega jej fenomen. Gdy już emocje ze mnie uszły, zrozumiałam i  zobaczyłam jak wiele błędów oraz niedociągnięć mają w sobie powieści pani Collins. Jednak nie było to już wtedy dla mnie istotne. Polubiłam „Igrzyska śmieci”. Naprawdę mi się spodobały. Mimo tego, że mogłabym im wytknąć parę wad, nie ma to dużego znaczenia. Nic więc dziwnego, że wybrałam się do kina na ekranizację zarówno pierwszej części jaki i drugiej. Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o moich wrażeniach z filmu „W pierścieniu ognia”, który widziałam parę dni temu w kinie.

Myślę, że fabuły tego filmu nie trzeba przedstawiać. Pamiętacie ją doskonale, prawda? Igrzyska, Katniss, Peeta, zwycięstwo, jagody. Tym razem prezydent Snow przygotował dla bohaterów niespodziankę.  75 Głodowe Igrzyska będą odbywały się na nowych zasadach, których nikt się nie spodziewał…

Film „W pierścieniu ogania” bardzo mi się podobał. Przyjemnie mi się go oglądało, chociaż do najlepszych ekranizacji z pewnością nie można go zaliczyć. Przede wszystkim wszystko dosyć się dłuży w tym filmie. Może nie jakoś szczególnie bardzo, oczy nam się nie zamkną na seansie ze znużenia, jednak według mnie dynamika filmu powinna być większa. Natomiast do największych jego zalet należy zaliczyć bohaterów.  Katniss grana przez Jennifer Lawrence wypadła bardzo dobrze. Lubię tę postać. Jednak niekiedy w książce jej ciągle przemyślenia , rozważania i ciągłe niezdecydowanie mnie irytowały. Na ekranie natomiast przyjemnie mi się ją oglądało. Może dlatego, że w filmie trudniej jest ukazać rozterki, które pojawiają się tylko w czyimś umyśle? Chociaż nie ukrywam, że się one nie pojawiały. Pojawiały się i było ich całkiem sporo. Takie trochę zapychanie fabuły. Jak się nie wie co zrobić, żeby było ciekawie to się wstawia cokolwiek, ot choćby takie „Kogo wybrać? Peetę, czy Gale’a?”.

 

Jeżeli chodzi o Peetę – na początku muszę zaznaczyć, że za nim nie przepadałam. Zarówno w książce jaki i w ekranizacji pierwszej części nie był dla mnie na tyle przekonywujący, bym mogła go choć trochę polubić. Nie zmienia się to również i w drugiej części. Peeta pojawiający się na ekranie nie robił na mnie żadnego wrażenia. Muszę również wspomnieć o tym, że nie spodobał mi się aktor – Jose Hutcherson – który zupełnie nie pasuje mi do roli Peety. Przede wszystkim jest za niski i dziwnie wygląda przy Katniss, a do tego po prostu zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tego bohatera.

Pisząc o tym filmie trudno nie wspomnieć o Finnicku, granego przez Sama Claflina. Innej opinii po mnie nie można było się spodziewać - uwielbiam Finnicka! W książce oczarował mnie swoją postacią, bałam się więc, że filmowcom nie uda się przedstawić równie dobrze tego bohatera na ekranie. Na szczęście, nie zepsuli tej postaci. Aktor, który wcielił się w jej rolę zagrał naprawdę dobrze i przyjemnie się go oglądało. Trudno też nie wspomnieć o Johannie. Oczarowała mnie ta bohaterka, która została wspaniale zagrana przez Jenę Malone. Jako jedyna z postaci wnosiła do filmu trochę humoru i uśmiechu, i za to właśnie bardzo ją lubię. Od razu nasuwa mi się na myśl scena z windy (kto oglądał film, z pewnością wie o co mi chodzi). Mina Katniss w tym momencie filmu była po prostu bezcenna. Na zasługę należą również efekty specjalne. To trzeba przyznać filmowcom – wyszły im one naprawdę dobrze. Spodobały mi się również wszystkie te kolorowe stroje i makijaże. Suknie Katniss były bardzo ładne, szczególnie ta, która zmieniła się z sukni ślubnej.


Podsumowując, „Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia” to naprawdę bardzo dobry film. Można zarzucić reżyserowi parę błędów, jednak nie wpływają one znacząco na ogólny odbiór ekranizacji. Trzeba przyznać, że jest ona dość rzetelna. Zostały w niej bowiem przedstawione dokładnie wydarzenia, które miały miejsce w książce. Niestety zakończenia pozostawiło wiele pytań, na których odpowiedzi będziemy musieli jeszcze trochę poczekać - do momentu wejścia do kin „Kosogłosa”. 

"Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia", reż. Francis Lawrence, USA 2013

11 komentarzy:

  1. A przede mną jeszcze i książki i filmy ,,Igrzyska śmierci" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam do zapoznania się zarówno z książką jak i z filmami. :)

      Usuń
  2. Planuję z przyjaciółką wybrać się na ten film. Ciekawe jakie na mnie zrobi wrażenie. Przyznam się szczerze, że pierwsza część jako ekranizacja średnio przypadła mi do gustu, może z tą będzie lepiej? Mimo wszystko, ja i tak zostanę fanką wersji papierowej Igrzysk :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza część również niekoniecznie przypadła mi do gustu. Przede wszystkim nie podobało mi się to, że obraz z kamery trzęsł się tak, że w ogóle ciężko było oglądać film. :) Druga część jest o wiele lepsza od swojej poprzedniczki.
      O tak, zdecydowanie książki jednak pozostaną w roli faworytów w porównaniu z filmami. :)

      Usuń
  3. Jestem w trakcie czytania ,,Kosogłosa" i jeśli ta dziewucha wybierze Gale'a to ją osobiście zabiję. ;D Ja za Peetą też jakoś szczególnie nie przepadam, ale i tak jest lepszy od tego mruka.
    Scena w windzie miażdży system. ;) I reakcja Peety, w chwili, w której Katniss mówi kogo wybrała na sojuszników.
    Mnie najbardziej podobała się ta płonąca suknia (rydwan). Katniss wyglądała jak Kleopatra. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę tak sądzisz?! Ja tam zawsze byłam za Gale'em. :D Ale nie będę nic mówić, czytaj a sama się dowiesz kogo wybierze. :) W ogóle w "Kosogłosie" baaardzo dużo się dzieje.
      Tak, zdecydowanie choćby na tę scenę w windzie warto było się wybrać do kina! I jeszcze ta małpa co tak mnie przestraszyła. To też było świetne. Z koleżanką niemal krzyknęłyśmy. :)
      Rzeczywiście, ta płonąca suknia też była całkiem niezła. Chociaż moją faworytką pozostaje suknia-kosogłos. :)

      Usuń
    2. Przy małpie cała sala podskoczyła. A potem sama sobie podskoczyłam, jak było wielkie bum. No i jednak Jena Malone jest fajniutka. I mogli by jej dać rolę jakiejś pensjonarki w XIX wieku, bo rola w DiU to za mało.
      Co do obsady - Stanley! Uwielbiam jego metamorfozę. Chociaż i tak najlepszy był u Prady. :D

      Usuń
    3. W tym filmie naprawdę bywały takie momenty, że można było się porządnie wystraszyć. :) Obok mnie siedziały dziewczyny, które tak przeżywały ten film, że aż w końcu moja koleżanka zwróciła im uwagę, żeby zachowywały się ciszej. Chociaż my też nie byłyśmy lepsze. :)
      Coś w tym jest - Jena pasowałaby do roli pensjonarki. Natomiast jeżeli chodzi o ten film to spisała się znakomicie.
      Stanley też był świetny! O tak, bardzo się zmienił. Co do Prady - tam też był niezły, ale w Igrzyskach jego rola to mistrzostwo! :)

      Usuń
    4. Nawet nie wspominajcie o scenie z małpą - myślałam, ze zawału dostanę. ;D Była jeszcze jedna taka scena - Katniss chciała dotknąć mgłę/dym. Oglądając drugi raz wiedziałam, że zaraz pokażą widzom, co oznacza dobry dźwięk stereo, ale i tak omal nie zapiszczałam ze strachu. ;D
      Stanley to mój ulubieniec, facet świetnie zagrał zarówno u Prady jak i w Igrzyskach. Mam nadzieję, że rozbudują jego rolę w Kosogłosie. ;)

      Usuń
  4. Zgadzam się w stu procentach z twoją opinią. Już dawno żaden film nie wywołał u mnie aż tylu emocji i aż tak bardzo mną wstrząsnął :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "jedynka" bardzo mi się podobała, dwójkę też na pewno obejrzę, choć raczej nie w kinie.

    OdpowiedzUsuń