poniedziałek, 5 maja 2014

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec...


Pamiętacie tę lekturę z gimnazjum - „Kamienie na szaniec“? Jestem przekonana, że każdy choć słyszał o tej książce na lekcjach polskiego. Przez wiele lat stanowiła ona wzór dla młodzieży, była przykładem odwagi i bohaterstwa młodych ludzi, którzy żyli i ginęli w okupowanej Polsce. Współcześnie rola tej opowieści jest o wiele mniejsza, jednak wydaje mi się, że nadal wiele nastolatków może czerpać z niej wzorce szlachetnego życia.

Teraz, w dobie cyfryzacji, należy iść z duchem czasu. Postanowiono więc nakręcić film. Oczywiste jest przecież to, że młodzieży łatwiej będzie skoczyć do kina na półtoragodzinny seans niż przeczytać książkę. Kiedy „Kamienie na szaniec“ ukazały się na ekranach polskich kin, gimnazjaliści zaczęli coraz liczniej zajmować kinowe fotele. Niektórzy z przymusu, inni z ciekawości. Nie zmienia to jednak faktu, że obejrzeli ten film, a może nawet się nim zachwycili i hisotoria Rudego, Zośki oraz Alka ich zainteresowała. Ja również wybrałam się do kina. Co prawda byłam uprzedzona wieloma opiniami, słyszałam dużo pochwał, ale również skarg, żali. Ale wiecie co? Naprawdę mi się on spodobał.

Na pochwałę zasługują młodzi aktorzy (Tomasz Ziętek, Marcel Sabat, Kamil Szeptycki) , których widziałam na ekranie po raz pierwszy. Role odważnych harcerzy nie należały do najławiejszych, jednak wydaje mi się, że świetnie oni sobie z nimi poradzili. Boli mnie jedynie to, że rola Alka została potraktowana jako drugoplanowa. Wiadomo, jest to ekranizacja, wizja reżysera, więc ma ona prawo różnić się od dzieła Kamińskiego. Kilka scen erotycznych, parę momentów pominiętych, parę innych bardziej wyróżnionych - możliwe, że ich wycięcie wyszłoby ekranizacji tylko na dobre. Mnie jednak te zmiany raczej nie raziły w oczy. Na plus oceniam również bardzo realistyczne przedstawienie scen walk, a także momentów katowania Rudego.


Jest jednak coś co najbardziej poruszyło mnie w tym filmie. Sama świadomość tego, że zakrwawiony, umęczony Rudy zginął za ojczyznę jest porażająca. Zośka, który cierpi z powodu straty przyjaciół będących tak jak on – młody i silni. Dlaczego musieli zginąć? Odwaga, bohaterstwo, poświęcenie – wszystko po to, aby walczyć z wrogiem, aby wyzwolić Polskę. Ilu młodych ludzi byłoby dzisiaj gotowych oddać życie za ojczyznę? Czy poświęciliby wszystko, aby przyszłe pokolenia mogły żyć w wolnym kraju? Uważam, że patrzenie na ten film w tym kontekście jest najbardziej wskazane. Po co szukać niuansów i mówić, że sceny erotyczne nie powinny się pojawić, a aktorka wcielająca się w postać dziewczyny Zośki wypadła niezbyt dobrze. Tutaj chodzi o coś „więcej“.  

"Kamienie na szaniec" reż. Robert Gliński, Polska 2014

środa, 30 kwietnia 2014

Trochę poważniej niż zazwyczaj

Witajcie,

dzisiaj opowiem o filmach, które udało mi się ostatnio obejrzeć. Postanowiłam, że na razie odpocznę od tych lekkich, komediowo-romantycznych obrazów i przerzucę się na trochę bardziej poważną stronę kinematografii. Co oczywiście nie oznacza, że zupełnie porzucę tego rodzaju filmy. :)

Nietykalni“ - 2011




Ta historia zdarzyła się naprawdę. Sparaliżowany na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który właśnie wyszedł z więzienia. Zderzenie dwóch skrajnie różnych światów daje początek szeregowi niewiarygodnych przygód i przyjaźni, która czyni ich... nietykalnymi.

O tym filmie słyszałam już naprawdę wiele dobrego zanim zdecydowałam się go obejrzeć. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że aż tak bardzo mi się on spodoba. Zawsze podchodziłam z wielką ostrożnością do filmów, w których pojawia się wątek niepełnosprawności. Tym razem jednak moje obawy były zupełnie niepotrzebne. „Nietykalni“ spodobali mi się już od pierwszych minut seansu. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką łatwością twórcy filmu połączyli w nim humor, niewymuszoną lekkość z poważną chorobą jaka dotknęła głównego bohatera. „Nietykalni“ pokazują widzowi to, że niezależnie w jakiej sytuacji się znajdujemy należy szukać małych radości, które sprawiają, że nasze życie staje się piękniejsze. Mnie właśnie to najbardziej poruszyło w tym filmie i to chyba najbardziej zapadnie mi w pamięci. Polecam wszystkim na gorsze dni i nie tylko.

Droga do szczęścia“ - 2008


Z pozoru przeciętne, średnio sytuowane małżeństwo Weehlerów, wiedzie normalne życie na przedmieściach Connecticut. Jak się jednak okazuje, za kurtyną pozorów czai się frustracja i rozgoryczenie. Niespełniona aktorka April oraz znudzony codzienną rutyną Frank, wraz z dwójką dzieci decydują się na wyemigrowanie do Paryża, aby w końcu złapać Pana Boga za nogi. Niestety tytułowa droga do szczęścia nie zawsze usłana jest różami, a trwałe piętno wyryte przez niespełnione ambicje i brak zrozumienia, może doprowadzić do tragedii, której nikt się nie spodziewa... „

Myślałam, że będzie to przyjemny film, w sam raz na leniwe popłudnie. Jak bardzo się pomyliłam! Jest to film naprawdę ciężki do zrozumienia. Po obejrzeniu go długo zastanawiałam się, dlatego ta historia tak się skończyła, jaki to miało sens. Analizowałam sceny, próbowałam zrozumieć zchowanie postaci. Jest to film, który dla każdego będzie inny. Jednemu się spodoba, drugiemu wręcz przeciwnie. Wedlug mnie warto również przyjrzeć się tej produkcji ze względu na obsadę (Leonadro DiCaprio, Kate Winslet). Polecam, choć nie obiecuję, że każdemu się ten film spodoba.

Sierpień w hrabstwie Osage“ - 2013


Violet (Meryl Streep) jest apodyktyczną, ciężko chorą i uzależnioną od leków matką trzech dorosłych córek. Dwie z nich dawno opuściły dom rodzinny, dystansując się od bliskich i własnej przeszłości. Mąż Violet, Beverly (Sam Shepard), zatrudnia dla niej opiekunkę – i w niedługi czas po tym znika. Córki przyjeżdżają do domu. Cała bliższa i dalsza rodzina musi zmierzyć się nie tylko z rozwiązaniem zagadki zaginięcia ojca, ale też otworzyć stare rany, ujawnić wzajemne żale i mroczne tajemnice, które nigdy nie miały wyjść na światło dzienne.

Dobrze pamiętam dzień, w którym obejrzałam ten film, ponieważ wtedy po raz pierwszy byłam sama w kinie. Czułam się bardzo dziwnie, ponieważ średni wiek osób na sali wynosił ok. 40, a ja byłam chyba jedyną nastolatką, która oglądała ten film. Nie to jest jednak istotne, ważne jest to jakie wrażenie zrobił na mnie ten film. Kiedy wyszłam z kina byłam przytłoczona emocjami, jakie mną targały podczas seansu. Bowiem jest to film przygnębiający, smutny i ciężki. Porusza wiele problemów, które dotknęły rodzinę Westonów. Ale nie tylko ich. Przecież każdego dnia wiele ludzi zmaga się z uzależenieniem, śmiercią, nieszczęśliwą miłością kogoś bliskiego. Jednak rodziny się nie wybiera, nawet gdybyśmy nie czuli żadnego przywiązania do rodziców czy rodzeństwa. Warto również przyjrzeć się bliżej grze aktorskiej. Uważam, że Julia Robierts oraz Meryl Streep świetnie wcieliły się w swoje bohaterki. Polecam, naprawdę szczerze polecam. Warto obejrzeć ten film.

Źródło opisów i zdjęć: filmweb.pl

sobota, 26 kwietnia 2014

Coraz mniej czasu ("Zaklinacz czasu" Mitch Albom)


Z pewnością bywały w Waszym życiu chwile, w których chcieliście, aby czas biegł szybciej. Może padał deszcza, wiał zimny wiatr, a wy czekaliście na przystanku na autobus? Może chcieliście aby wskazówka zegara poruszała się szybciej, kiedy staliście w kolejce do lekarza? Z pewnością niekiedy marzycie również o tym, aby czas stanął w miejscu. Cudowne spotkanie z przyjaciółmi, wspaniałe wakacje czy chociażby miły weekend – chcemy by te chwile trwały dłużej.

„Zaklinacz czasu“ to książka, która jednocześnie przedstawia nam historię trzech ludzi. Jeden z nich chciał odmierzać czas. Interesowało go to, że słońce zachodzi po to by znów piąć się w górę nad horyzontem następnego dnia. Był to pierwszy człowiek, który zaczął mierzyć czas. Poznajemy również nastolatkę zmagającą się ze swoimi sercowymi rozterkami oraz bardzo bogatego mężczyznę, który nie może się pogodzić ze swoją śmiertelną chorobą. Ich losy w dziwnych okolicznościach splotą się ze sobą...

Nie do końca wiem co mam napisać o tej książce. Na pewno nie mogę powiedzieć, że jest to dzieło, które zmieniło moje życie i bardzo mnie poruszyło. Nie napiszę tak, ponieważ byłoby to kłamstwo. Nie jest to powieść, która jest w stanie czegoś takiego dokonać. Czytając ją czułam się tak jakbym płynęła. Przez ocean lub morze. Płynę, chłonę historię ukazaną przez autora, ale nie znajduję na mojej drodze żadnej wyspy, żadnego punktu zaczepienia, czegoś co mogłoby mnie bardzo zainteresować. A jednak taka podróż przez tę powieść sprawiła, że coś choć przez chwilę ponownie zdałam sobie sprawę z tego, jak życie jest kruche.

Mitch Albom – autor książki – posługuje się prostym językiem, dzięki czemu „Zaklinacza czasu“ czyta się naprawdę szybko. (Dlatego udało mi się tę powieść przeczytać tuż przed egzaminami, w czasie kiedy powinnam się była uczyć.) Sama historia, jaką przedstawia nam autor, jest dosyć ciekawa. Może nie jest to najbardziej oryginalna opowieść z jaką miała okazję się spotkać, ale mimo wszystko jest w niej coś co przyciąga czytelnika. Może ten motyw czasu, któy stanowi główny temat hisotorii przedstawionej przez Mitcha Alboma? W końcu każdy się spieszy, nigdy nie ma na nic czasu, a czas jest tak ważny. Bo czas ucieka i wcale nie mamy go tak dużo jak nam się wydaje.

„Zaklinacz czasu“ to nie jest książka, która odmienia życie. A przynajmniej mojego życia nie zmieniła. Uświadamiała mi jednak, że każda minuta życia jest bardzo ważna, dzięki lekturze tej powieści łatwiej jest doceniać każdy kolejny dzień. Polecam ją każdemu niezależnie od wieku, czy zainteresowań. Każdemu z nas zostało darowane życie i powinniśmy uczyć się jak najlepiej je wykorzystywać. Kto wie? Może komuś z was „Zaklinacz czasu“ bardzo pomoże?


Zaklinacz czasu“ Mitch Albom, wyd. Znak 2014, str. 284

sobota, 15 lutego 2014

Herkules na tropie czterech przestępców ("Wielka Czwórka" Agatha Christie)

Kryminały czytam wtedy, kiedy chcę się oderwać od obowiązków, odpocząć od bardziej wymagających lektur, ale również w momentach, kiedy mam ochotę na bardziej intrygującą i wciągającą książkę. Oczywiście w takich chwilach warto mieć pod ręką jedną z licznych powieść Agathy Christie. Tym razem mój wybór padł na „Wielką Czwórkę“.

Czworo przestępców planuje przejąć władzę nad światem. W niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie i dzieją się bardzo dziwne rzeczy. W żaden sposób nie udaje się zatrzymać Wielkiej Czwórki, która powoli zaczyna wcielać swoje plany w życie. Czterech na jednego... to znakomita okazja dla nieustraszonego i sprytnego Herkulesa Poirota. Czy uda mu się powstrzymać przestępców?

W „Wielkiej Czwórce“ znów miałam do czynienia z Herkulesem Poirotem. Zawsze wybieram w bibliotece pierwszą z brzegu książkę Agathy Christie i zawsze mój wybór pada właśnie na historię, której głównym bohaterem jest właśnie ta postać. Nie powiem, że Herkules jest moim ulubionym bohaterem, jednak nie narzekam też na jego obecność w powieści. W „Wielkiej Czwórce“ Poirot naprawdę zaskakuje czytelnika.

Książkę Christie czyta się szybko, jest to wciągająca lektura, z którą można przyjemnie spędzić wieczór (lub parę wieczorów). Wszystko to dzięki nieustającym zwrotom akcji. Nie jest to może kryminał wysokich lotów, jednak jest on na tyle dobry, że nie będziecie się z nim na pewno nudzić!

Wielka Czwórka“ Agatha Christie, wyd. Dolnośląskie 2012

sobota, 1 lutego 2014

Podsumowanie - styczeń

Witajcie!

Nie chciałabym w podsumowaniach miesiąca umieszczać dużo liczb, statystyk i innych takich matematycznych łamigłówek, bo przecież nie o to chodzi. Powiem tylko krótko - przeczytałam w styczniu 7 książek oraz obejrzałam 4 filmy co jest wynikiem mnie satysfakcjonującym. Oczywiście książek mogłoby być więcej zważywszy na to, że miałam ferie, ale nie mogę narzekać. Szybko przedstawię Wam jeszcze książkę oraz film, na które warto zwrócić uwagę.


Najlepsza książka stycznia

"Złodziejka książek" - Markus Zusak

Długo wahałam się pomiędzy "Portretem Doriana Graya" a "Złodziejką książek". Ostatecznie wybór padł na

tę drugą, ponieważ stwierdziłam, że to ona właśnie była książką, która najmocniej poruszyła mnie w tym miesiącu. Co tu dużo mówić - jest to książka, do której przeczytania gorąco Was zachęcam. Wierzę, że na pewno się nie zawiedziecie. Skłoniła mnie ona do przemyśleń, poruszyła całe moje serce, które spojrzało z zupełnie innej strony na wojnę. Nadal mam w głowie wydarzenia, które rozegrały się w tej powieści, nadal przeżywam to co się stało na łamach jej stron.




Najlepszy film stycznia

"Poradnik pozytywnego myślenia"

Książkę o tym samym tytule czytałam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz znalazłam czas na jej ekranizację. Spodobała mi się gra aktorów (coraz bardziej przekonuję się do Jennifer Lawrence), film mi się nie dłużył, mimo że znałam jego zakończenie już z książki. A przede wszystkim jest to najlepszy film stycznia za sporą dawkę pozytywnego myślenia i motywacji jaką przekazuję. Po seansie od razu człowiek się uśmiecha, wszystko widzi w kolorowych barwach. I taki właśnie film w zimową porę jest każdemu potrzebny.



Przed nami kolejny miesiąc - luty, który dla mnie będzie równał się z powrotem do szkoły i mnóstwem nauki. Mój kalendarz aż krzyczy o zapowiedzianych jeszcze przed feriami sprawdzianach i kartkówkach. Wszystkim tym, którzy rozpoczynają ferie życzę udanego i owocnego odpoczynku! A ci, którzy tak jak ja kończycie już ferie - głowa do góry! Jakoś to przetrwamy. :)


Wielu cudownych książek w lutym! :)

środa, 29 stycznia 2014

Fajny „Pan Tadeusz”, czyli o lekturach słów kilka

 Mimo, że aktualnie mam przerwę od szkoły i celebruję każdy dzień ferii, które w moim województwie trwają już od ponad tygodnia, postanowiłam napisać krótki tekst o lekturach szkolnych. Ostatnio moim zadaniem było przeczytanie pierwszej i drugiej księgi „Pana Tadeusza” - mieliśmy je omawiać na lekcji języka polskiego. Szybko udało mi się z tym uporać. Stwierdziłam nawet, że ten „Pan Tadeusz” to nie jest taki zły. Zaczęłam podczytywać kolejne księgi wieczorami, na przerwie w szkole, a nawet na lekcjach. Udało mi się przeczytać całe dzieło Mickiewicza. I naprawdę mi się spodobała ta nasza epopeja narodowa.

Potem nadszedł czas na „Balladynę” Słowackiego, czyli kolejne ważne dzieło polskiej literatury. I znów jakoś łatwo mi się ją czytało. I miesiąc później przeczytałam „Antygonę” Sofoklesa, która bardzo, bardzo mi się spodobała! Doszłam do wniosku, że te lektury nie są wcale aż takie złe...

Nigdy nie miałam awersji do lektur szkolnych, których czytanie nakazywali nauczyciele polskiego. „Dzieci z Bullerbyn”, „Kubusia Puchatka”, czy „O psie, który jeździł koleją” wspominam z podstawówki bardzo dobrze. Tylko jedna książka - „Puc, Bursztyn i goście” sprawiła mi dużo nieprzyjemności. Pamiętam, że w ogóle nie mogłam jej przeczytać, aż w końcu moja Mama ulitowała się nade mną i zaczęła mi ją czytać wieczorami do poduszki. Sama po prostu nie mogłam przez nią przebrnąć.

Potem w starszych klasach przyszedł czas na „Anię z Zielonego Wzgórza” (moją ukochaną, czytaną parę razy), „W pustyni i w puszczy” również mi się spodobało, podobnie jak „Tomek w krainie kangurów”. Urazę zachowałam jedynie do książki „Ten Obcy”, którą niezbyt miło wspominam.

W gimnazjum byłam przerażona tym, że będę musiała przeczytać „Krzyżaków”. Na samą myśl mnie odpychało od tej książki. Ale wiecie co? Udało mi się. Naprawdę przeczytałam całą tę książkę. I nie było aż tak źle. Mam w klasie koleżankę, która chwaliła tę książkę pod niebiosa (tego to już zupełnie nie rozumiem...). Może nie jest to najlepsza i najciekawsza powieść z jaką miałam okazję się zetknąć, ale i tak jestem dumna z tego, że udało mi się ją przeczytać.


Mówi się, że lektury to zło, że są to książki nieciekawe i nudne. Coraz bardziej przekonuję się do tego, że tak nie jest! Wydaje mi się, że w tej sprawie ważne jest podejście do tych książek.

Może nie ma co zmieniać książek w wykazie lektur, które w jakimś celu się tam znalazły i na siłę wciskać „Harry'ego Pottera”? Naprawdę lubię serię o przygodach młodego czarodzieja, ale nie wszystkie lektury są takie okropne jak je się opisuje. Może trzeba tylko zaakceptować tę sytuację, ten obecny wykaz lektur i zmienić tylko swoje podejście do nich?

sobota, 25 stycznia 2014

A miało być tak przyjemnie... ("Ucieczka znad rozlewiska" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak)


Ostatnio często w książkach mowa jest o nieszczęśliwych kobietach, które mieszkając w zatłoczonych miastach postanawiają szukać szczęścia. Okazuje się, że spokój znajdą tylko na prowincji. Przenoszą się więc do pięknego, białego domu, gdzie znajdują swojego księcia z bajki. I tak kończą się te historie – wszyscy są uśmiechnięci i szczęśliwi. Autorka „Ucieczki znad rozlewiska” - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak postanowiła wykazać się oryginalnością i nie powielać tego schematu. Czy cel, który sobie wymierzyła, został osiągnięty?

Frania ma dość nudnego i sennego Kazimierza, przewidywalnego narzeczonego i zrzędliwej matki nauczycielki. Kiedy dowiaduje się, że jej siostra nie jest taka idealna jak się zawsze wszystkim wydawało, zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem. W ważnym dniu – dniu ślubu – ucieka sprzed ołtarza, w wyniku dogodnej dla niej sytuacji jedzie do Warszawy i tam postanawia rozpocząć nowe życie. Czy w stolicy uda jej się znaleźć szczęście?

Autorka może wykazała się oryginalnością, kiedy zdecydowała się na to, że główna bohaterka jej książki nie ucieknie na prowincję, tylko do wielkiego miasta. Na tym jednak kończy się jej odmienność od innych popularnych obyczajówek. Książka jest bardzo przewidywalna. Czyta się ją szybko, chociaż raczej niczym Czytelnika nie zaskakuje. Najbardziej jednak ubolewam nad językiem jakim została napisana ta powieść. Jest on bardzo prosty, a nawet można powiedzieć - banalny. Możliwe, że dzięki temu książkę czyta się tak szybko, ale jednocześnie traci ona urok towarzyszący tym powieściom, których autor posługuje się lekkim, a także ładnym piórem. To co rzuciło mi się w oczy to również liczne literówki, które pojawiły się „Ucieczce znad rozlewiska”. Przyznam szczerze, że dawno nie spotkałam się z powieścią, w której pojawiłoby się tyle błędów. Co do bohaterów - Franka jest najlepszym przykładem osoby, która grzeszy naiwnością. Na prawdę, podziwiam ją za to, że miała odwagę uciec sprzed ołtarza i rozpocząć nowe życie, ale jej nieporadność i ogólnie, cała jej osoba, doprowadzała mnie niekiedy do szału. Pozostali bohaterowie nie są dla mnie na tyle wyraziści, by warto było o nich wspomnieć w tym tekście.

Książka „Ucieczka znad rozlewiska” może i jest inna, bardziej oryginalna od pozostałych obyczajówek. Jednak nie zmienia to faktu, że jest również bardzo przewidywalna i nieciekawa. Czyta się ją szybko, ale język jakim została napisana nie powala na kolana. Jest to tylko lekka książka na leniwe popołudnie. Chociaż zaznaczam, że zbyt wielkiej radości Wam ta książka nie zapewni. Ja sięgnęłam po nią głównie dlatego, że główna bohaterka mieszka w Kazimierzu Dolnym – miasteczku, które znajduje się niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Poza tym chciałam również trochę się odstresować, sięgnąć po lekturę, która nie wymaga dużego skupienia. No cóż, zawiodłam się.


Ucieczka znad rozlewiska” Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, wyd. Nasza Księgarnia 2012, str. 386

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zbrodnia w czarnomorskim kurorcie ("Czarna lista" Aleksandra Marinina)


Bardzo lubię sięgać po kryminały, ponieważ dostarczają rozrywki, która wymaga od Czytelnika choć odrobiny skupienia i uwagi. A jednocześnie bardzo wciągają i zaskakują. Dużo słyszałam o książkach Aleksandry Marininy – rosyjskiej pisarki – aż w końcu postanowiłam sięgnąć po jej powieści. Podczas jednego z licznych wyjść do biblioteki wzięłam pierwszą, jaka wpadła mi w ręce, książkę tej autorki. Wybór padł na „Czarną listę”, która nie do końca spełniła moje oczekiwania.

Podpułkownik Władisław Stasow razem ze swoją ośmioletnią córeczką Lilą wyjeżdża na wakacje na Krym. W tym samym czasie odbywa się tam festiwal filmowy. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie jedna z faworytek do głównej nagrody. Następnie ofiarami stają się również inne osoby. Stasow, mimo niechęci ze strony miejscowej policji, postanawia pomóc w śledztwie. Sytuacja zaczyna się robić poważniejsza, gdy ktoś zastrasza i grozi jego córce.

Już na początku powieści zauważyłam, że autorka nie stara się tylko przedstawić Czytelnikowi zbrodni jaka została popełniona, a także jej okoliczności. Skupia się natomiast również na społeczeństwie czarnomorskiego kurortu, opisuje dokładnie bohaterów. Można powiedzieć, że w książce Marininy zbrodnia przechodzi na drugi plan. Powoduje to, że „Czarna lista” nie jest już jedynie powieścią kryminalną, ale również po części obyczajową.

Główny bohater – Władisław Stasow – a jednocześnie narrator książki, jest postacią, do której przez całą książkę się nie przekonałam. Wydawał mi się on bohaterem nijakim, żadną cechą swojej osobowości mnie nie zainteresował. Zupełnie nie pasuje mi on głównego bohatera książki kryminalnej. Według mnie osoba, która rozwiązuje taką zbrodnię powinna być zupełnie inna. Nie polubiliśmy się ze Stasowem i już. Inaczej ma się sytuacja jeżeli chodzi o pozostałych bohaterów. Lila, czy Tatiana, bardzo mi się spodobały.

„Czarna lista” to powieść ani dobra, ani zła. Czytało mi się ją przyjemnie, jednak nie poczułam tego dreszczu strachu i zachwytu, jak to najczęściej bywa u mnie podczas lektury dobrego kryminału. Przyznam szczerze, że była to chyba moja pierwsza rosyjska książka jaką przeczytałam. Musiałam się przyzwyczaić do nazwisk i nazw rosyjskich, co nie było łatwym zadaniem. Marinina pisze nieźle, choć nie najlepiej. Zbrodnia jaką opisała w swojej książce została ciekawie zaplanowana, takiego zakończenia zupełnie się nie spodziewałam. Niestety wszystkie pozytywne akcenty tej powieści przyćmiewa główny bohater. Moja niezbyt pozytywna opinia o tej książce mnie nie zniechęca. Na półce czeka już kolejna powieść tej rosyjskiej pisarki, tym razem ze znaną Anastazją Kamieńską. Zobaczymy, czy tym razem spodoba mi się powieść Marininy.

Czarna lista” Aleksandra Marinina, wyd. W.A.B. 2010, tłum. Aleksandra Stronka , str. 350

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka".

sobota, 11 stycznia 2014

Perełki ostatniego miesiąca

Ostatni tydzień okazał się być dla mnie za ciężki. Nie miałam czasu na książki, na bloga, na filmy. Tylko na seriale się go trochę znalazło, no i oczywiście na naukę. Ostatnie trzy dni były chyba jednymi z moich najgorszych dni w życiu. No dobra, przesadzam. Możliwe, że nie były to najgorsze dni, ale z pewnością bardzo pechowe. Ale miejmy nadzieję, że potem będzie już tylko lepiej.

Postanowiłam, że dzisiaj przedstawię Wam parę filmów, które udało mi się obejrzeć jeszcze przed świętami. Może akurat znajdziecie coś dla siebie. :)
Między wierszami” - 2012

Wielowarstwowy komediodramat, opowiadający historię młodego i charyzmatycznego pisarza Rory'ego Jansena (Bradley Cooper), którego życiowym celem jest wielki sukcesu na rynku literackim. Ten pojawia się niespodziewanie. Oto najnowsza powieść sygnowana nazwiskiem Jansena staje się wielkim bestsellerem, a on tym samym osiąga życiowy sukces. Jego dzieło zachwyca czytelników i krytyków słowami, ponadczasową mądrością, świeżością i przesłaniem. Jansen staje się gwiazdą mediów. Cała prawda o jego dziele, kryje się jednak między wierszami…



Od razu zaintrygował mnie tytuł filmu – zapowiadał coś związanego o książkach. I tak też rzeczywiście jest. „Między wierszami” to film opowiadający o historii ładnej, osnutej tajemnicą, przerażającej i smutnej. Obrazy, które widz może zobaczyć podczas seansu tego filmu, wzbudzą w nim mnóstwo emocji, z których przez jakiś czas trudno jest się otrząsnąć. Może nie jest to genialny film, ale jednak według mnie warto się z nim zapoznać. Chociażby dla świetnej gry aktorskiej. 7/10

Nowhere boy” - 2009

Film przedstawia nigdy wcześniej nieopowiadaną historię dzieciństwa Johna Lennona. John (Aaron Johnson) jest zwykłym piętnastolatkiem z ulic Liverpoolu- zabawny, inteligentny, nieposłuszny. Ale jego życie nie jest proste - Johna od 5 roku życia wychowuje ciotka Mimi (Kristin Scott Thomas). Kiedy nagle pojawia się jego matka Julia (Anne-Marie Duff), między dwiema siostrami rozpoczyna się rywalizacja o miłość Johna. Gdy wojna zbliża się do końca, John dowiaduje się o sekrecie z przeszłości, który łamie mu serce. Jednak jego matka dała mu jeden dobry prezent - muzykę. Kapryśny chłopak odnajduje swój głos i razem z The Beatles staje się ikoną muzyki.



O tym filmie można powiedzieć jedno – przedstawia spory kawał historii muzyki. Ukazuje początki zespołu znanego na całym świecie. A przede wszystkim przedstawia widzowi osobę Johna Lennona, który przyczynił się w głównej mierze do powstania The Beatles. Przyznam szczerze, że wcześniej nie wiedziałam wiele o tym znanym człowieku. Ten film przybliżył mi trochę lata młodości Lennona. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się o nim czegoś więcej, lecz nie wie jak się do tego zabrać – ten film będzie idealnym początkiem. 8/10

Charlie” - 2012

Nastoletni Charlie (Logan Lerman) jest uczniem pierwszej klasy liceum w Pittsburgu. Nieśmiały i wyobcowany outsider nie ma lekko w nowym środowisku. Nie pasuje do żadnej grupy, a jego niekonwencjonalne poglądy nie ułatwiają mu procesu dopasowywania się do innych. Pierwsze miłosne doświadczenia, samobójstwo przyjaciela, relacje w rodzinie, narkotyki – z tym wszystkim Charlie zmaga się samotnie, aż do chwili, kiedy jego inteligencję i wrażliwość zauważają Sam (Emma Watson) i Patrick (Ezra Miller).



Nie uda mi się w paru zdaniach opisać tego filmu. Jest to po prostu nie możliwe. Mogłabym o nim mówić i mówić, zachwycać się i zachwalać. Spodobało mi się w nim niemalże wszystko – bohaterowie, muzyka (jest cudowna!), poruszany problem, który choć dotyczy nastolatków na pewno znajdzie również odzwierciedlenie w życiu niejednego dorosłego. Mam ochotę obejrzeć go jeszcze raz. A potem kolejny. Skłania do przemyśleć, do bliższego przyjrzenia się swojej osobie. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z tym filmem, naprawdę warto. 9/10

Źródło opisów - filmweb.pl