środa, 29 stycznia 2014

Fajny „Pan Tadeusz”, czyli o lekturach słów kilka

 Mimo, że aktualnie mam przerwę od szkoły i celebruję każdy dzień ferii, które w moim województwie trwają już od ponad tygodnia, postanowiłam napisać krótki tekst o lekturach szkolnych. Ostatnio moim zadaniem było przeczytanie pierwszej i drugiej księgi „Pana Tadeusza” - mieliśmy je omawiać na lekcji języka polskiego. Szybko udało mi się z tym uporać. Stwierdziłam nawet, że ten „Pan Tadeusz” to nie jest taki zły. Zaczęłam podczytywać kolejne księgi wieczorami, na przerwie w szkole, a nawet na lekcjach. Udało mi się przeczytać całe dzieło Mickiewicza. I naprawdę mi się spodobała ta nasza epopeja narodowa.

Potem nadszedł czas na „Balladynę” Słowackiego, czyli kolejne ważne dzieło polskiej literatury. I znów jakoś łatwo mi się ją czytało. I miesiąc później przeczytałam „Antygonę” Sofoklesa, która bardzo, bardzo mi się spodobała! Doszłam do wniosku, że te lektury nie są wcale aż takie złe...

Nigdy nie miałam awersji do lektur szkolnych, których czytanie nakazywali nauczyciele polskiego. „Dzieci z Bullerbyn”, „Kubusia Puchatka”, czy „O psie, który jeździł koleją” wspominam z podstawówki bardzo dobrze. Tylko jedna książka - „Puc, Bursztyn i goście” sprawiła mi dużo nieprzyjemności. Pamiętam, że w ogóle nie mogłam jej przeczytać, aż w końcu moja Mama ulitowała się nade mną i zaczęła mi ją czytać wieczorami do poduszki. Sama po prostu nie mogłam przez nią przebrnąć.

Potem w starszych klasach przyszedł czas na „Anię z Zielonego Wzgórza” (moją ukochaną, czytaną parę razy), „W pustyni i w puszczy” również mi się spodobało, podobnie jak „Tomek w krainie kangurów”. Urazę zachowałam jedynie do książki „Ten Obcy”, którą niezbyt miło wspominam.

W gimnazjum byłam przerażona tym, że będę musiała przeczytać „Krzyżaków”. Na samą myśl mnie odpychało od tej książki. Ale wiecie co? Udało mi się. Naprawdę przeczytałam całą tę książkę. I nie było aż tak źle. Mam w klasie koleżankę, która chwaliła tę książkę pod niebiosa (tego to już zupełnie nie rozumiem...). Może nie jest to najlepsza i najciekawsza powieść z jaką miałam okazję się zetknąć, ale i tak jestem dumna z tego, że udało mi się ją przeczytać.


Mówi się, że lektury to zło, że są to książki nieciekawe i nudne. Coraz bardziej przekonuję się do tego, że tak nie jest! Wydaje mi się, że w tej sprawie ważne jest podejście do tych książek.

Może nie ma co zmieniać książek w wykazie lektur, które w jakimś celu się tam znalazły i na siłę wciskać „Harry'ego Pottera”? Naprawdę lubię serię o przygodach młodego czarodzieja, ale nie wszystkie lektury są takie okropne jak je się opisuje. Może trzeba tylko zaakceptować tę sytuację, ten obecny wykaz lektur i zmienić tylko swoje podejście do nich?

sobota, 25 stycznia 2014

A miało być tak przyjemnie... ("Ucieczka znad rozlewiska" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak)


Ostatnio często w książkach mowa jest o nieszczęśliwych kobietach, które mieszkając w zatłoczonych miastach postanawiają szukać szczęścia. Okazuje się, że spokój znajdą tylko na prowincji. Przenoszą się więc do pięknego, białego domu, gdzie znajdują swojego księcia z bajki. I tak kończą się te historie – wszyscy są uśmiechnięci i szczęśliwi. Autorka „Ucieczki znad rozlewiska” - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak postanowiła wykazać się oryginalnością i nie powielać tego schematu. Czy cel, który sobie wymierzyła, został osiągnięty?

Frania ma dość nudnego i sennego Kazimierza, przewidywalnego narzeczonego i zrzędliwej matki nauczycielki. Kiedy dowiaduje się, że jej siostra nie jest taka idealna jak się zawsze wszystkim wydawało, zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem. W ważnym dniu – dniu ślubu – ucieka sprzed ołtarza, w wyniku dogodnej dla niej sytuacji jedzie do Warszawy i tam postanawia rozpocząć nowe życie. Czy w stolicy uda jej się znaleźć szczęście?

Autorka może wykazała się oryginalnością, kiedy zdecydowała się na to, że główna bohaterka jej książki nie ucieknie na prowincję, tylko do wielkiego miasta. Na tym jednak kończy się jej odmienność od innych popularnych obyczajówek. Książka jest bardzo przewidywalna. Czyta się ją szybko, chociaż raczej niczym Czytelnika nie zaskakuje. Najbardziej jednak ubolewam nad językiem jakim została napisana ta powieść. Jest on bardzo prosty, a nawet można powiedzieć - banalny. Możliwe, że dzięki temu książkę czyta się tak szybko, ale jednocześnie traci ona urok towarzyszący tym powieściom, których autor posługuje się lekkim, a także ładnym piórem. To co rzuciło mi się w oczy to również liczne literówki, które pojawiły się „Ucieczce znad rozlewiska”. Przyznam szczerze, że dawno nie spotkałam się z powieścią, w której pojawiłoby się tyle błędów. Co do bohaterów - Franka jest najlepszym przykładem osoby, która grzeszy naiwnością. Na prawdę, podziwiam ją za to, że miała odwagę uciec sprzed ołtarza i rozpocząć nowe życie, ale jej nieporadność i ogólnie, cała jej osoba, doprowadzała mnie niekiedy do szału. Pozostali bohaterowie nie są dla mnie na tyle wyraziści, by warto było o nich wspomnieć w tym tekście.

Książka „Ucieczka znad rozlewiska” może i jest inna, bardziej oryginalna od pozostałych obyczajówek. Jednak nie zmienia to faktu, że jest również bardzo przewidywalna i nieciekawa. Czyta się ją szybko, ale język jakim została napisana nie powala na kolana. Jest to tylko lekka książka na leniwe popołudnie. Chociaż zaznaczam, że zbyt wielkiej radości Wam ta książka nie zapewni. Ja sięgnęłam po nią głównie dlatego, że główna bohaterka mieszka w Kazimierzu Dolnym – miasteczku, które znajduje się niedaleko od mojego miejsca zamieszkania. Poza tym chciałam również trochę się odstresować, sięgnąć po lekturę, która nie wymaga dużego skupienia. No cóż, zawiodłam się.


Ucieczka znad rozlewiska” Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, wyd. Nasza Księgarnia 2012, str. 386

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zbrodnia w czarnomorskim kurorcie ("Czarna lista" Aleksandra Marinina)


Bardzo lubię sięgać po kryminały, ponieważ dostarczają rozrywki, która wymaga od Czytelnika choć odrobiny skupienia i uwagi. A jednocześnie bardzo wciągają i zaskakują. Dużo słyszałam o książkach Aleksandry Marininy – rosyjskiej pisarki – aż w końcu postanowiłam sięgnąć po jej powieści. Podczas jednego z licznych wyjść do biblioteki wzięłam pierwszą, jaka wpadła mi w ręce, książkę tej autorki. Wybór padł na „Czarną listę”, która nie do końca spełniła moje oczekiwania.

Podpułkownik Władisław Stasow razem ze swoją ośmioletnią córeczką Lilą wyjeżdża na wakacje na Krym. W tym samym czasie odbywa się tam festiwal filmowy. W niewyjaśnionych okolicznościach ginie jedna z faworytek do głównej nagrody. Następnie ofiarami stają się również inne osoby. Stasow, mimo niechęci ze strony miejscowej policji, postanawia pomóc w śledztwie. Sytuacja zaczyna się robić poważniejsza, gdy ktoś zastrasza i grozi jego córce.

Już na początku powieści zauważyłam, że autorka nie stara się tylko przedstawić Czytelnikowi zbrodni jaka została popełniona, a także jej okoliczności. Skupia się natomiast również na społeczeństwie czarnomorskiego kurortu, opisuje dokładnie bohaterów. Można powiedzieć, że w książce Marininy zbrodnia przechodzi na drugi plan. Powoduje to, że „Czarna lista” nie jest już jedynie powieścią kryminalną, ale również po części obyczajową.

Główny bohater – Władisław Stasow – a jednocześnie narrator książki, jest postacią, do której przez całą książkę się nie przekonałam. Wydawał mi się on bohaterem nijakim, żadną cechą swojej osobowości mnie nie zainteresował. Zupełnie nie pasuje mi on głównego bohatera książki kryminalnej. Według mnie osoba, która rozwiązuje taką zbrodnię powinna być zupełnie inna. Nie polubiliśmy się ze Stasowem i już. Inaczej ma się sytuacja jeżeli chodzi o pozostałych bohaterów. Lila, czy Tatiana, bardzo mi się spodobały.

„Czarna lista” to powieść ani dobra, ani zła. Czytało mi się ją przyjemnie, jednak nie poczułam tego dreszczu strachu i zachwytu, jak to najczęściej bywa u mnie podczas lektury dobrego kryminału. Przyznam szczerze, że była to chyba moja pierwsza rosyjska książka jaką przeczytałam. Musiałam się przyzwyczaić do nazwisk i nazw rosyjskich, co nie było łatwym zadaniem. Marinina pisze nieźle, choć nie najlepiej. Zbrodnia jaką opisała w swojej książce została ciekawie zaplanowana, takiego zakończenia zupełnie się nie spodziewałam. Niestety wszystkie pozytywne akcenty tej powieści przyćmiewa główny bohater. Moja niezbyt pozytywna opinia o tej książce mnie nie zniechęca. Na półce czeka już kolejna powieść tej rosyjskiej pisarki, tym razem ze znaną Anastazją Kamieńską. Zobaczymy, czy tym razem spodoba mi się powieść Marininy.

Czarna lista” Aleksandra Marinina, wyd. W.A.B. 2010, tłum. Aleksandra Stronka , str. 350

Recenzja bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka".

sobota, 11 stycznia 2014

Perełki ostatniego miesiąca

Ostatni tydzień okazał się być dla mnie za ciężki. Nie miałam czasu na książki, na bloga, na filmy. Tylko na seriale się go trochę znalazło, no i oczywiście na naukę. Ostatnie trzy dni były chyba jednymi z moich najgorszych dni w życiu. No dobra, przesadzam. Możliwe, że nie były to najgorsze dni, ale z pewnością bardzo pechowe. Ale miejmy nadzieję, że potem będzie już tylko lepiej.

Postanowiłam, że dzisiaj przedstawię Wam parę filmów, które udało mi się obejrzeć jeszcze przed świętami. Może akurat znajdziecie coś dla siebie. :)
Między wierszami” - 2012

Wielowarstwowy komediodramat, opowiadający historię młodego i charyzmatycznego pisarza Rory'ego Jansena (Bradley Cooper), którego życiowym celem jest wielki sukcesu na rynku literackim. Ten pojawia się niespodziewanie. Oto najnowsza powieść sygnowana nazwiskiem Jansena staje się wielkim bestsellerem, a on tym samym osiąga życiowy sukces. Jego dzieło zachwyca czytelników i krytyków słowami, ponadczasową mądrością, świeżością i przesłaniem. Jansen staje się gwiazdą mediów. Cała prawda o jego dziele, kryje się jednak między wierszami…



Od razu zaintrygował mnie tytuł filmu – zapowiadał coś związanego o książkach. I tak też rzeczywiście jest. „Między wierszami” to film opowiadający o historii ładnej, osnutej tajemnicą, przerażającej i smutnej. Obrazy, które widz może zobaczyć podczas seansu tego filmu, wzbudzą w nim mnóstwo emocji, z których przez jakiś czas trudno jest się otrząsnąć. Może nie jest to genialny film, ale jednak według mnie warto się z nim zapoznać. Chociażby dla świetnej gry aktorskiej. 7/10

Nowhere boy” - 2009

Film przedstawia nigdy wcześniej nieopowiadaną historię dzieciństwa Johna Lennona. John (Aaron Johnson) jest zwykłym piętnastolatkiem z ulic Liverpoolu- zabawny, inteligentny, nieposłuszny. Ale jego życie nie jest proste - Johna od 5 roku życia wychowuje ciotka Mimi (Kristin Scott Thomas). Kiedy nagle pojawia się jego matka Julia (Anne-Marie Duff), między dwiema siostrami rozpoczyna się rywalizacja o miłość Johna. Gdy wojna zbliża się do końca, John dowiaduje się o sekrecie z przeszłości, który łamie mu serce. Jednak jego matka dała mu jeden dobry prezent - muzykę. Kapryśny chłopak odnajduje swój głos i razem z The Beatles staje się ikoną muzyki.



O tym filmie można powiedzieć jedno – przedstawia spory kawał historii muzyki. Ukazuje początki zespołu znanego na całym świecie. A przede wszystkim przedstawia widzowi osobę Johna Lennona, który przyczynił się w głównej mierze do powstania The Beatles. Przyznam szczerze, że wcześniej nie wiedziałam wiele o tym znanym człowieku. Ten film przybliżył mi trochę lata młodości Lennona. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się o nim czegoś więcej, lecz nie wie jak się do tego zabrać – ten film będzie idealnym początkiem. 8/10

Charlie” - 2012

Nastoletni Charlie (Logan Lerman) jest uczniem pierwszej klasy liceum w Pittsburgu. Nieśmiały i wyobcowany outsider nie ma lekko w nowym środowisku. Nie pasuje do żadnej grupy, a jego niekonwencjonalne poglądy nie ułatwiają mu procesu dopasowywania się do innych. Pierwsze miłosne doświadczenia, samobójstwo przyjaciela, relacje w rodzinie, narkotyki – z tym wszystkim Charlie zmaga się samotnie, aż do chwili, kiedy jego inteligencję i wrażliwość zauważają Sam (Emma Watson) i Patrick (Ezra Miller).



Nie uda mi się w paru zdaniach opisać tego filmu. Jest to po prostu nie możliwe. Mogłabym o nim mówić i mówić, zachwycać się i zachwalać. Spodobało mi się w nim niemalże wszystko – bohaterowie, muzyka (jest cudowna!), poruszany problem, który choć dotyczy nastolatków na pewno znajdzie również odzwierciedlenie w życiu niejednego dorosłego. Mam ochotę obejrzeć go jeszcze raz. A potem kolejny. Skłania do przemyśleć, do bliższego przyjrzenia się swojej osobie. Zachęcam wszystkich do zapoznania się z tym filmem, naprawdę warto. 9/10

Źródło opisów - filmweb.pl